Prolog.

89 2 6
                                        

Elliott zatrzymał się i zgasił silnik. Oparł łokcie o kierownice i ukrył twarz w dłoniach. Znajdowaliśmy się zaledwie kilka metrów od miejsca wypadku. Nie byliśmy gotowi na konfrontację z rzeczywistością i sprawdzanie co się stało. Nikt z nas nie miał najmniejszej ochoty, by widzieć miejsce zbrodni. Wszystko co musieliśmy zrobić, ograniczało się do zamazania śladów. Ukrycia wszelkiej naszej winy. Ruszyliśmy w czwórkę, wzdłuż głównej drogi, idąc po ledwo wydeptanej leśnej ścieżce, na której pozostawiliśmy ślady opon. Używaliśmy butów, gałęzi i kamieni, by zakryć doskonale widoczny tor, po którym się poruszaliśmy. Samochód stał ukryty w cieniu krzewów, przez co nie rzucał się w oczy. W okolicy nie było zbyt wielu domów, niedaleko boczna uliczka prowadziła do małego sklepu osiedlowego, prowadzonego przez starszą, uprzejmą panią. Z tego co mi wiadomo, mieszkała ona w tym samym budynku, gdzie pracowała. Na parterze prowadziła sklep, na piętrze miała swoje małe mieszkanie, w którym prowadziła spokojne, samotne życie. 

Gdy zbliżyliśmy się na kilka metrów do miejsca zdarzenia, zobaczyłam jedynie zarys postaci i kałużę krwi. Na jezdni pozostał ciemny ślad po gwałtownym hamowaniu, ale nie byliśmy w stanie go zatuszować. Policja wkrótce badająca sprawę z pewnością go zauważy, być może wyciągnie też stąd jakieś wnioski. Po skończonej pracy wróciliśmy boso do samochodu, by nie zostawić również śladu podeszwy na wilgotnej ziemi. Może byliśmy trochę przewrażliwieni, a jedyne pojęcie jakie mieliśmy o pracy policji i detektywów kryminalnych wzięliśmy z produkcji Netflixa, ale woleliśmy mieć pewność, że wszystko pozostanie w doskonałym porządku. Dotarliśmy do auta i bez tchu osunęliśmy się na siedzenia. Tym razem miejsce za kółkiem zajął Elliott jako jedyny, który znał drogę. Jechaliśmy najpierw błotnistą ścieżką, a potem nawet po łące, wciąż modląc się tylko o to, by po drodze nie zakopać się w błocie i wreszcie dotrzeć na asfaltową, lub chociaż kamienistą ścieżkę. Użyliśmy podmiejskich, nieuczęszczanych i nieoświetlanych dróg, chcąc uniknąć ulicznego zgiełku. 

Czułam, że jestem zupełnie wyczerpana. Nie mogłam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio tak bardzo pragnęłam snu, ale nie mogłam sobie na niego pozwolić. Zaciskałam powieki, marząc o ukojeniu, ale jedynym rezultatem tych działań, było przypominanie sobie tej chwili, sekunda po sekundzie. Sprawdziłam zegarek na telefonie z kończącą się baterią. Była druga dwadzieścia. Jechaliśmy szybko, ale ostrożnie, omijając dziury w wiejskich drogach i rzucając krótkie spojrzenia na otaczające nas sielskie krajobrazy, które w żadnym stopniu nie pasowały do naszych nastrojów. Courtney nie przestawała płakać. Sprawiało to wrażenie, jakby jej łzy były niewyczerpane, niekończące się. Miała zaczerwienione nie tylko oczy, ale i całą twarz. Po jej makijażu już prawie nie zostało śladu, podobnie jak po wymyślnej fryzurze. Sprawiała wrażenie zdruzgotanej. Dave siedział sztywno i tępo spoglądał przed siebie. Wbijał wzrok w jezdnię i miałam wrażenie, że w ogóle nie mrugał. Kierowcy nie widziałam, ale mogłam wyczuć bijącą od niego panikę. Nie potrafiłam opisać jedynie własnych uczuć. Czułam tak wiele w tym samym momencie, że nie umiałam wymienić jednej emocji. 

ASTRAYStories to obsess over. Discover now