,,litr wina i pół wódki"
Stoję obok stołu, na którym stoi cała masa plastikowych czerwonych kubeczków. Biorę jeden z nich i niemal od razu czuję gorzki, nieprzyjemny smak, a następnie pieczenie w gardle. Z jednej strony nienawidzę tego tak bardzo, a z drugiej uwielbiam, kompletnie tego nie rozumiem. Uśmiecham się sam do siebie i chwilę potem biorę kolejny kubeczek. I kolejny. I kolejny. I kolejny. W końcu przestaję to liczyć, bo wiem, że nie ma to najmniejszego sensu. Obiecałem sobie gdzieś tam w głębi, że wypiję maksymalnie zawartość trzech kubeczków, ale cóż, znowu nie wyszło, więc jebać to.
Podchodzę do Anže i pytam, czy może ma jakieś winko. Lubię je sobie wypić ot tak, dla czystego relaksu. Coś tam mruknął, że chyba ma i że pójdzie sprawdzić, więc poczekałem aż wróci z butelką alkoholu, a przynajmniej miałem nadzieję, że z nią wróci. W końcu przychodzi z powrotem z trunkiem, co wywołało niemały uśmiech na mojej twarzy. Odbieram od niego flaszkę, szybko mu dziękując.
Wychodzę na balkon jego mieszkania. Gdy pierwszy raz do niego przyszedłem od razu się zakochałem w tym widoku - z tego miejsca widać było cały Kranj. Jako iż nie był on mały, a wręcz przeciwnie, był ogromny, stała tu kanapa ogrodowa, dwa fotele i stół. Usiadłem sobie w jednym z foteli i śmiało otworzyłem alkohol.
— Nie wziąłem żadnego kubka, szlag —pomyślałem, ale w sumie zbytnio się tym nie przejąłem. — W końcu z gwinta smakuje lepiej, prawda?
I tak piłem, patrząc na widoki zza balustrady, aż niespodziewanie trunek się skończył. Robię skwaszoną minę, wszystko co dobre zdecydowanie za szybko się kończy. No, ale cóż ja mogę zrobić? Nie pójdę do kolegi po kolejne wino, a wódki mam już chyba dość na dziś. Nie ma tu nic więcej poza tymi dwoma alkoholami, bo moi koledzy albo nic innego nie lubią, albo zostawiają na specjalne okazje, jak, na przykład, szampana, czego w ogóle nie rozumiem. Po co tak to oszczędzać, to tylko alkohol, który można kupić wszędzie, tak na prawdę.
,,I sześć szlugów, byś palił i snuł smutki"
Z tylnej kieszeni moich czarnych spodni wyciągam dobrze mi już znane zielone pudełeczko Malboro. Wyciągam z paczki jednego papierosa i podpalam go zapaliczką, którą już dawno również włożyłem do paczki. Zaciągam się nim, by po chwili wypuścić z ust szary dym. Niby nie lubię palić, ale jednocześnie lubię, nie umiem tego za cholerę wytłumaczyć.
Postanawiam wstać z siedzenia i poschodzę do balustrady, o którą się opieram. Patrzę przed siebie beznamiętnym wzrokiem. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. A przynajmniej tak ludzie mówią. Nagle do mojego umysłu wpadają wszystkie przykre słowa, które ostatnio usłyszałem, a było ich naprawdę sporo. Na początku starałem się udawać, że mnie to nie rusza, że mnie to nie obchodzi. Nikt we mnie nie wierzy. Koledzy, trenerzy, a nawet rodzina. To mnie rozsadzało od środka. Skreślili mnie. Wszyscy.
A teraz? Cóż, teraz mam to wszystko gdzieś, naprawdę mnie to nie rusza, naprawdę mnie to nie obchodzi. Żyję chwilą. Żyję tak, jak chce. Jednak gdzieś tam bardzo, bardzo, bardzo głęboko we mnie przeszkadzało mi to. Chciałem być jak moi bracia. Chciałem, żeby moje osiągnięcia też wisiały na ścianach. Chciałem, żeby rodzina była ze mnie dumna i się mnie wreszcie nie wstydziła.
Co ja wygaduję? Szybko odrzucam te myśli, bo nie mają one żadnego logicznego sensu. Mnie się wstydzić? Nie ma w ogóle żadnych ku temu powodów. Jestem od nich wszystkich razem wziętych o tysiąc razy lepszy i nikt nie zaprzeczy, prawda?
YOU ARE READING
Kropka || dprevc
FanfictionBo trzeba wiedzieć, kiedy postawić kopkę. Znajdują się tu wulgaryzmy i to niekiedy w dość sporych ilościach, więc jeśli Ci to przeszkadza, to nie zaglądaj tu.
