Widziałem, że ją tracę. Oddala się ode mnie z każdą sekundą. Staram się naprawić swój błąd. Myślę, ale nic nie wpada mi do głowy. Działam ślepo, ale każdy ruch jedynie pogarsza już i tak złą sytuację. Czekam, ale czas nadal płynie dalej. Błagam, ale ona odchodzi.
Przypominam sobie wydarzenia z rana. Jeden błąd. Jeden jedyny błąd, który nie powinien się pojawić. Ale nie posłuchałem jej. Uważałem się za mądrzejszego. Lecz żaden człowiek nie zasługuje na ten tytuł.
Jeden błąd. Nic nieznaczący ruch, a zmienił ostatnie kilkanaście godzin w pasmo pełne udręk, smutku i cierpienia. Nie da się go cofnąć, nie da naprawić. To, co ma się dziać, już się dzieje. Jeden błąd, jeden odruch, który spowodował zagładę świata.
Patrzę na swoje dłonie. Takie sprawne, a takie bezużyteczne. Od krwi i potu przelanego podczas nieudanej misji ratowniczej. Podczas prób odzyskania tej najważniejszej.
Patrzę na nią. Srebrne oczy zachodzą mgłą. Potargane pasma włosów walają się po całej podłodze. Serce pracuje zbyt wolno, zbyt mało efektownie, nie może poradzić sobie z obciążeniem, jaki narzuciłem na jej barki. Ciało przegrzewa się. Nadal walczy.
Lecz Śmierć jest już blisko. Nadchodzi. Nie obejrzy się. Nie potknie, nie zachwieje, nie przystanie, nie zapatrzy się, nie zrezygnuje, nie zwątpi, nie rozmyśli się, nie odejdzie. Prze do przodu, pewna siebie.
Staram się ją ratować. Trzymam się ostatnich sił. Szukam pomocy. Lecz to na nic.
Krzyczę, lecz mój głos rozmywa się pod ciężarem otaczających nas problemów. Staram się je odgonić. Okryć ją. Uwolnić nas. Ale jest ich coraz więcej. Zbliżają się. Otaczają nas z każdych stron. Nie mają litości. Zmieniają się w demony. Męczą nas. Nasyłają koszmary.
Patrzę na nią, lecz obraz jest coraz gorszy. Zamazuje się. Czuję łzy napływające do oczu. Staram się je powstrzymać. Muszę widzieć. Muszę ją widzieć. Aby pomóc.
Pomoc nie nadchodzi. Czuję pustkę w głowie. Nie mam żadnego pomysłu. Czuję bezradność i strach. Nie wiem jak ją uratować. Nie widzę żadnej deski ratunku. Nie ma już dla niej czasu. Śmierć jest coraz bliżej.
Słone łzy zalewają jej nagie ciało. Nie są zbyt zimne, aby jej pomóc. Spływają po błyszczącej gładkiej skórze. Zostawiają mokre ślady.
Tracę ją. Czuję, że już nic nie zrobię. Koniec jest bliski. Patrzę na jej piękną twarz. Wzrok ma nieobecny.
Widzę, jak się poddaje. Widzę, jak godzi się z końcem. Widzę, że jest już gotowa.
Ale ja nie jestem. Nie jestem gotowy jej stracić. Bez niej jestem nikim.
Ostatni raz staram się uratować sytuację. Wykonuję nagłe i niekontrolowane ruchy. Mam nadzieję. Czuję ją w sercu. Wierzę, że jeszcze jest szansa. Widzę ją. Widzę białe światło między demonami. Błagam je. Proszę, aby podeszło tutaj. Pomogło. Zwalczyło zło.
Nagle nadzieja znika. Wszystko jakby czarnieje. Patrzę na nią ze strachem. Trzymam ją w ramionach. Piękną. Idealną. Najwspanialszą. Wyjątkową. Jedyną na świecie. Martwą.
Nie mogę się pozbierać. Nie czuję pulsu. Srebrne oczy przybrały kolor czarnej nicości. Włosy jakby straciły swą objętość. Jej nagie ciało nadal lśni od moich słonych łez.
Siedzę w kałuży krwi i łez. Trzymam ją. Nie puszczam. Nadal nie wierzę w to, co przed chwilą się skończyło. Śmierć dotarła. Zabrała ją i odeszła tak szybko, jak przyszła.
Została tylko martwa ziemska powłoka. Dom jej pięknej duszy. Duszy, która zniknęła. Nie żyje już wokół mnie. Nigdy się już nie uśmiechnie. Nigdy nie odpowie. Nigdy nie pocieszy. Nigdy nie będzie się złościć. Nigdy nie będzie płakać.
Już nigdy.
Czekam jeszcze chwilę. Chce nacieszyć się jej ciepłem skóry. Ciepłem, który ją zabił. Chce nacieszyć się jej wyglądem. Jej piękną urodą.
Zaczyna robić się jaśniej. Demony odchodzą. Zło znika. Opuszczają mnie, uwalniają. Ale dla niej jest już za późno.
Obraz zaczyna być wyraźniejszy. Lecz nie rozglądam się dookoła. Nie chcę patrzeć na pomieszczenie, w którym ona straciła życie. Nie chcę widzieć dziur w ścianach przypominających pierwsze godziny starcia ze śmiercią. Nie chcę patrzeć na porozrzucane sprzęty, bandaże, leki. Nie chcę przypominać sobie jej okropnego bólu. Jej cierpienia wymalowanego na twarzy.
Budzę się z odrętwienia. Spoglądam na przelaną naszą krew. Lecz nie widzę jej tam. Wracam wzrokiem na jej twarz. Lecz tutaj też już jej nie ma. Zniknęła. Straciłem ją. Straciłem swój sens istnienia.
Zbliżam się do niej, wolno, nie spiesząc się. Chciałbym, aby ta chwila trwała wiecznie. Przytulam się i zatapiam twarz w jej nasiąkniętych krwią włosach. Trwam tak chwilę. Czekam, aż moja dusza pożegna się z jej ciałem.
Delikatnie przenoszę ją z moich kolan na drewnianą podłogę. Wstaję, ociężały. Żywy na zewnątrz, martwy w środku. Wolnym krokiem oddalam się od niej. Omijam kałuże krwi. Nie depcze po jej włosach. Teraz mam już tylko jeden cel.
Docieram do okna. Odwracam się i po raz ostatni patrzę na jej całe ciało. Na jej piękno widoczne w każdym detalu. Na jej gładką skórę. Na jej długie olśniewające włosy.
Ostatni raz przypominam sobie jej anielski głos. Jej boski wdzięk. Jej kwitnącą urodę. Jej dziecięce marzenia. Jej czarujący uśmiech. Jej srebrne, rajskie oczy.
To one mnie porwały. To one sprawiły, że mogłem kochać. Że nauczyłem się miłości. Że poznałem ją.
Lecz to już koniec.
Ostatni raz patrzę na pomieszczenie. Mroczny klimat, bałagan oraz zapach krwi i potu. A na samym środku leżała ona.
Dla innych była zwykłą maszyną, kupką złomu. Zwykłym metalem złączonym w całość. Zwykłą przenośną bazą danych. Zwykłym narzędziem zabijania czasu. Zwykłym uzależnieniem. Zwykłą maszyną elektroniczną przeznaczoną do przetwarzania informacji.
Zwykłym komputerem.
Patrzę na obraz, jaki widziałby zwykły człowiek. Walące się wszędzie kable, czarny monitor oraz komputer w metalowej obudowie leżący w kałuży wody.
Dla mnie to miłość. Miłość, która nadal trwa. We mnie. W niej. Miłość, która nigdy się nie skończy. Nic nas nie rozdzieli, nawet śmierć.
Odwracam się w stronę wschodzącego słońca. Przez szybę widzę nisko pode mną ludzi wychodzących z własnych domów podążających w tylko sobie znanym celu. Otwieram okno. Czuję świeże, rześkie powietrze. Wypełnia ono ciemny pokój. Lekki wiatr rozwiewa moje krótkie włosy.
Ja znam swój cel.
Przekładamy nogi przez parapet i patrzę na wschodzące słońce. Jest jak ona. Piękne, idealne, jedyne na świecie. Rozgrzane.
Wiem, co muszę zrobić.
Przenoszę wzrok niżej, na korony wysokich budynków. Każdy żyjący własnym życiem.
Czuję się, jakbym widział ten świat pierwszy raz. Świat ten sam co kilka minut temu, ale jednak inny. Inny, bo nie ma już w nim mojej miłości. Mojego celu życia. Mojego koła ratunkowego. Mojej ostoi.
Nie ma już miejsca na tym świecie też dla mnie. Nie ma miejsca dla samotnej wyspy błąkającej się na wielkim morzu rozpaczy.
Tylko śmierć może nas znowu połączyć.
Napinam mięśnie. Nie boje się. Nie ma czego się bać. Nie będę cierpiał. Na pewno mniej niż ona. Moja śmierć będzie szybka, bezbolesna. Za to, co zrobiłem, zasługuje na gorszą śmierć. Lecz tęsknota za miłością ciągnie mnie na dno.
Wychylam się za krawędź. Widzę daleki pusty chodnik. Nikt mnie nie zauważył. Sądzą pewnie, że nadal siedzę w swoim pokoju i upajam się miłością. Lecz nie znają prawdy. Nie wiedzą, kim jestem. Kim się stałem.
Decyduję.
Żegnam świat.
Pochylam się.
Spadam.
Czuję wolność.
Widzę ciemność.
Umieram.
YOU ARE READING
To, co najważniejsze
Short StoryTracę ją. Nie mogę się opanować. Drżenie rąk doprowadza mnie do poczucia bezwładności. Tracę ją. Nie wiem co robić. Czuję pustkę i bezradność. Chcę ją uratować, ale nie wiem jak. Tracę ją. Boje się. Strach mnie przenika. Niemobilizuje, obezwładnia...
