- Nawet nie ma mowy- rzucam zanim Kath zdąży powiedzieć choćby słowo- nie pójdę z tym gamoniem do Pandemonium. Poza tym, zgubiłam gdzieś fałszywe dokumenty.
- Po pierwsze żaden gamoń, Mike jest przeuroczy. I po drugie nie potrzebujesz fałszywek. Mam znajomości- dziewczyna głośno wzdycha- Clary błagam, wiesz, że on ma jutro urodziny. No i że na ciebie leci, ale to tak na marginesie. To tylko jeden wieczór, a on będzie wniebowzięty.
Przeczesuję palcami świeżo umyte, ciemnorude, kręcone włosy. Dobrze wiem, że za chwilę wypowiem pogrążające mnie 'zgadzam się'.
Kath zdaje sobie sprawę, że nie potrafię jej odmawiać. Tak jak w sumie każdemu.
- Clary jesteś tam?
Spoglądam w stronę tablicy korkowej, na którą przyczepiam moje rysunki. Wszystkie pokryte są dziwnym znakiem. Co najlepsze, rysuję go kompletnie nieświadomie. Moje myśli mogą być zajęte totalnie czymś innym, na przykład jutrzejszym wieczorem z Mike'em. A mimo to zawsze stworzę ten znak, choćby sosem truskawkowym na naleśniku.
Przekopałam chyba cały Internet, aby odkryć jego znaczenie.
Nawet nie ma o nim wzmianki.
Czuję się jak totalna wariatka.
- Jestem- odpowiadam zachrypniętym głosem- Pójdę z nim, ale to już ostatni raz, Kath.
- Jesteś najlepsza. Zadzwoń do mnie jutro, zanim wyjdziecie...- mówi.
- Jasne- przewracam oczami- do jutra jędzo.
- Do jutra rudzielcu.
Przecieram zmęczone oczy ręką.
Nie możesz iść spać, bo znów popiszesz ściany.
Tak, dobrze widzicie.
Zgadnijcie, jaki wzór zagościł na moich ścianach?
Narysować było łatwo. Zmyć już nie do końca.
Czuję jak moje powieki coraz bardziej się zamykają.
Fray, pobudka.
Musisz wyjść się przejść.
- Jest pierwsza w nocy, niby jak mam wyjść stąd niepostrzeżenie? Moja matka jest gorsza niż FBI- mruczę sama do siebie.
Świetnie.
Kolejny dowód, że jesteś walnięta.
Czuję zimny wiaterek wchodzący do pokoju przez lekko uchylone okno...
Okno!
Otwieram je najciszej jak potrafię.
Z 4 metry, nie najgorzej.
Podbiegam do szafy.
Zarzucam bluzę i ubieram czarne trampki.
To zły pomysł.
Bardzo.
Jak mama się dowie... Boże, do końca życia nie wyjdziesz z pokoju.
Czuję nagły przypływ irytacji.
Mam niby 17 lat, a mimo to ciąży na mnie zakaz wychodzenia po 20 z domu.
Już nie mówiąc o jakichkolwiek imprezach, lub spacerowaniu samemu wieczorem po mieście.
Czuję się jak w klatce, bardzo ładnej, różowej, pięknie ozdobionej, ale jednak klatce.
Nie raz dręczyła mnie myśl, czy może Jocelyn nie ma jakiejś paranoi.
Dom zawsze stoi zamknięty na trzy spusty. Dosłownie.
Nie odwiedzają jej żadni znajomi, nikt.
No oprócz Luke'a, ale to osobna historia.
Im bardziej stara się mnie zamknąć, czy jak ona twierdzi, 'chronić', tym bardziej kusi mnie złamanie jej chorych zasad.
Czuję buzującą w mojej krwi ekscytację.
Mimo wszystko pewien ból rozdziera mi serce, bo wiem, jak bardzo by ją skrzywdził mój dzisiejszy występek.
Potrząsam głową aby odepchnąć od siebie te myśli, bo wiem, że za chwilę mogę zrezygnować i położyć się spać jako grzeczna, uległa córeczka.
Wchodzę cicho na parapet.
Cholera, wysoko.
Wyżej niż myślałam.
Zaraz serce wyskoczy mi z piersi ze strachu.
Teraz Clary.
Skaczę na ugięte nogi, aby zamortyzować upadek.
Udaje się. W połowie.
Przeżyłam, to najważniejsze.
Ale przywaliłam tyłkiem o twardą ziemię.
Czuję potworny ból w kości ogonowej.
Kładę się na mokrej trawie i odliczam do dziesięciu.
Ból zaczyna trochę ustępować.
