Klatka

56 0 0
                                        


Obserwując świat zza metalowych krat mój umysł na pewno nie jest w pełni zdrowy, jednak kto tu o to dba? My jesteśmy tylko do walki... My... Heh, nie ma to jak użyć liczny mnogiej nie przedstawiając Ci nawet o co chodzi... Ujmę to może tak: Świat zniszczony po wojnie nuklearnej, która nie odcisnęła się jedynie na ziemi, ekosystemie czy przyrodzie, ale również w sercach i umysłach ludzi nie jest idealny. Rządzą tylko ci najsilniejsi, najbogatsi... Ci przeciętni bądź biedni zamykani są w klatkach o trzymani przy życiu... Jednak czy można nazwać to życiem? Rozglądam się, a mój umysł już 4 raz w tym dniu przyswaja widok wychudzonych postaci, nie podobnych już do ludzi, jedyne, po czym można poznać, że byli kiedyś ludźmi, to wzrok... Oczy... W których widać chęć mordu, i które i tak z czasem zmieniają się w oczy, podobne do oczu morderczego zwierzęcia. Jednak po co klatki? Cóż... Nie karmią nas tutaj zbyt szczodrze, nasza dieta składa się głównie z chleba i odrobiny wody, by pieczywo, i tak gumowate, przeszło nam jakoś przez gardło. Ciągły głód trawiący nasze wnętrzności, który pochłonął całą tkankę tłuszczową powoli stał się nie do zniesienia. Nie jeden już połamał sobie zęby usiłując przegryźć stalową barierę jaką stanowią podłużne kraty sięgające od samej podłogi aż do szczytu i tak niskiej klatki. Jednak... Po co klatki? No właśnie... Po co nas głodzą? Raz w tygodniu jeden z mężczyzn odzianych w czerń, z zamaskowaną twarzą przychodzi by uwolnić jednego z nas z klatki i wyprowadzić na arenę... To wtedy jeden z nas posila się kosztem drugiego. Obrzydliwe nieprawdaż? Dochodzi do ludobójstwa i kanibalizmu na oczach setki, jak nie tysiąca ludzi odzianych w drogie garnitury z uczesanymi, czystymi włosami ułożonymi nienagannie na głowie, i z czystymi ciałami... Nas nie myją. Nigdy... Nawet przed bitwą mamy wyglądać jak zwierzęta. Żałosne... Nikt nie może się wyrwać, wyłamać. Wszędzie są kamery monitorujące nas non stop... wciąż patrzą... Czekają aż ktokolwiek wychyli choć dłoń, by móc odciąć palce, bądź (w najgorszym przypadku) całą rękę... Siedzimy więc w klatkach, sami, schowani przed światłem słonecznym lub księżycowym, które ujrzymy dopiero w dniu sądu, w dniu, w którym wypuszczą nas na arenę, by jeden zginął a drugi zwyciężył... Zapach posoki i krzyk to tutaj codzienność. Nikogo już to nie dziwi. Z resztą łzy pokazują tylko słabość, nie możemy więc płakać... Pokazują nas czasem w telewizji, ku uciesze tych "lepszych", którzy nie muszą martwić się o taki los, nie muszą też martwić się o nasz los, przecież to ich nie dotyczy. Po co mieliby więc zatrzymywać się przy czymś takim? My przecież tylko milczymy, zabiją jednego, będzie następny... Z resztą, ten, który przeżyje na arenie i tak mordowany jest brutalnie... Podcinają mu gardło a krwawa ciecz spływa mu wtedy po szyi i torsie, podcinają mu żyły na nadgarstkach, krew kapie wtedy na piasek, na którym klęczy. Nie skracają mu cierpienia. Delektują się naszym cierpieniem, ostatnią modlitwą do Boga, który najwyraźniej zapomniał o tym miejscu już dawno, ostatnimi słowami wykrzyczanymi w niebo, błaganiem o cudowne ocalenie... Jednak Bóg nie słucha, stara się sam to wszystko obserwować również ciesząc się z cierpienia... Ja już nie wierzę, ja liczę już tylko na siebie... Gdyż w tym świecie inaczej nie można. Modły wokół mnie i tak słyszalne są codziennie, w noc, rano, i wieczorem... Jakby nie rozumieli, iż to wszystko na nic. Zginiemy, a nasza nadzieja umrze ostatnia, tak jak mówiło kiedyś stare przysłowie, zapomniane już przez wielu.

Coś jednak świeci mi prosto w oczy, słyszę gwizdanie, którego wcześniej nie było, gdy zaś kamera skieruje się ku źródła dźwięku usłyszałem dźwięk tłuczonego szkła i ciężkiego kawałku metalu upadającego na kamienną posadzkę. Wokół rozległy się wiwaty, światło, którego źródłem okazał się reflektor skierowane zostało na bok, a ja zobaczyłem jakąś postać przy nim. Zgarbioną postać... Kraty nagle uniosły się do góry, a na ciężkie, stalowe wrota prowadzące na arenę zaczęła napierać setka ludzi. Setka, bądź więcej. Sam wyślizgnąłem się zza lekko uniesionych do góry krat i osłoniłem swoje oczy od światła bijącego w moją stronę zza otwieranych powoli drzwi. Światło słońca... Tak piękne jak zapamiętałem.

- SZYBCIEJ! - Usłyszałem za sobą, a po chwili do moich uszu dotarło walenie w inne stalowe drzwi, w drzwi, przez które wchodziła ochrona gdy było coś nie tak. Najwyraźniej tym razem zamknięto ich tam nieświadomych. I dobrze. Jednak i tak miałem świadomość, iż to na nic, mężczyźni zamknięci w małym pomieszczeniu ochrony zaraz wyjdą z bronią w dłoniach i rozpętają piekło. Tylko nieliczni przeżyją, a w momencie, w którym dotarło to do mnie sam pognałem do drzwi, by pomóc. Mogę się przecież na coś przydać... Ciężkie drzwi skrzypnęły, gdy kolejna dziesiątka ludzi stojących dotychczas z boku naparła na nie swoimi dłońmi, a pod nimi ukazała się mała szczelina przez którą nieliczni zaczęli przepełzać ku wolności, ja nie schyliłem się jednak i zachęcany myślą o tym, co zrobię na wolności, co inni będą mogli zrobić, pchałem dalej nie dbając o krople potu spływające po mojej skroni i całym ciele. Podobnie do innych dawałem z siebie wszystko, jednak drzwi do pokoiku ochrony skrzypnęły przeraźliwie i otworzyły się nieco wygięte. Tak jak myślałem, sprowadzili pół oddziału i na prawdę nie wiem, jak możliwe jest to, by w jednym maciupkim pokoiku w którym znajduje się jedynie monitoring zmieściło się trzydziestka ludzi z karabinami i paralizatorami w dłoniach.

Inni przestali pchać, i przerażeni tym, co zamierzał im zgotować los zaczęli pchać się do niewielkiej szczeliny zatykając ją. Ja również, dusząc się w odorze jaki bił zarówno od nich, jak i ode mnie starałem się pocieszać myślą, że już niedługo poczuję świeże powietrze. Usłyszałem jak kilka osób krzyczy, to mogło znaczyć tylko jedno: Zaczęli wykorzystywać amunicję. Czołgam się do wolnego w szczelinie miejsca w głębi duszy żywiąc się nadzieją, iż mnie nie znajdą. Ludzie raz po raz ginęli tuż obok mnie, a krew sącząca się z ich ran postrzałowych dotarła do mnie i przylgnęła do mojej spoconej skóry malując ją na szkarłatny kolor tak charakterystyczny dla posoki.

W końcu. Świerze powietrze i błękitne niebo... Jeszcze tylko trochę... Kawałeczek i będę wolny. Wbijając swoje brudne łokcie w piasek czołgam się tak szybko jak umiem walcząc o życie. Czyżby mi się zdawało? Czuję czyiś uścisk na nodze... Nie, to nie złudzenie, ktoś mnie trzyma i ciągnie widocznie w swoją stronę. Nie mogę się opierać, siła ta jest zbyt silna. Poddając się wyciągam ręce ku mojej upragnionej wolności przez co zdzieram sobie skórę na rękach i ramionach. W ranki wdziera się piasek wywołujący szczypanie na które nie zwracam uwagi. Teraz nie to jest istotne, a ja nie mam 5 lat by się poryczeć w takiej chwili i poddać jak gdyby nigdy nic skazując na śmierć.

Odwracają mnie za ramiona a ja mogę obserwować ich wyraz twarzy. Ich obrzydliwy, złośliwy uśmieszek i paralizator w jednej z dłoni kobiety stojącej nade mną. Poraziła mnie a po moim ciele przebiegł niewyobrażalny ból blokujący mi mięśnie. Krzyk rozdzierający jęki innych, umierających już ludzi rozdarł ciszę. Mój krzyk... A przecież gdy tu przybyłem obiecałem sobie, że będę silny... Tracę orientację, zaczynam słyszeć gorzej, i widzieć jak przez mgłę, jednak wzrok mój jest na tyle dobry, by zobaczyć końcówkę pistoletu przykładanego do mojego serca. W jednej chwili niewyobrażalny ból przeszył moją klatkę piersiową, a z rany zaczęła tryskać krew. To koniec, umieram, a wraz z krwią uchodzi ze mnie życie.

Rozczarowanie? Przecież mówiłem, że nie jest to opowieść o bohaterach...

KlatkaStories to obsess over. Discover now