What if we run away?

342 51 29
                                        

Dziesięcioletni chłopczyk wszedł wraz z rodzicami do szpitalnej windy. Spojrzał na mamę niemo pytając o numer piętra, a zarazem numer przycisku, ktory miał zaraz nacisnąć.

- Piętro czwarte kochanie. - odpowiedziała mu mama.

Chłopiec spojrzał na tablicę z rozpiską pięter oraz oddziałów jakie się na nich znajdowały. Szybko odszukał odpowiedni numerek.

- Co to znaczy 'onkologia'? - spojrzał na rodziców stojących kawałek za nim.

- To badania. - usłyszał szybką odpowiedź od swojego taty.

- Badania czego?

- Krwi i różnych takich. Nie martw się słonko, wszystko się ułoży. Będzie dobrze. - w oczach mamy małego Taehyunga zebrały się łzy. Zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz płakała tego dnia.

Gdy tylko winda się zatrzymała, a metalowe drzwi się rozsunęły, chłopiec wybieg na korytarz i zatrzymał jedną z pielęgniarek.

- Proszę Pani co to jest onkologia?

- Tutaj leczymy nowotwory. - pielęgniarka uśmiechnęła się do dziesięciolatka i spojrzała spowrotem na plik różnych dokumentów, które trzymała w dłoniach i się oddaliła.

Mały Taehyung wrócił do rodziców. Jego mama płakała już na całego, zresztą pan Kim też nie wyglądał na zadowolonego. Chłopiec przytulił się do swoich rodziców.

- Czy to znaczy, że mam raka? - mimo, że Taehyung miał tylko dziewięć lat, wcale nie był taki głupi. Rozumiał już trochę więcej od swoich rówieśników i bardzo dobrze znał taką chorobę, jaką jest nowotwór. Jego ukochana babunia na to chorowała. Długi czas walczyła z białaczką za nim straciła siły na dalszą walkę i odeszła. - Mamusiu ja wygram z nim! Nie martw się o mnie!

Tego dnia Taehyung po raz pierwszy trafił do szpitala. Pierwszy ale nie ostatni. Od tego czasu szpital i oddział onkologiczny był jego drugim domem. W swojej sali miał wszystko co potrzebę mu było ma co dzień. Od kredek i kolorowanek, przez swojego ukochanego laptopa, aż do swoich najlepszych książek, które mógłby czytać w kółko. Na tym minęło mu siedem lat. Na czytaniu, oglądaniu i rysowaniu. Ściana za jego łóżkiem była pełna od coraz to ładniejszych rysunków.

W swojej sali (zaczął ją nazywać "swoją" po roku mieszkania w niej) Taehyung zawsze był sam. Mimo, że koło okna stało jeszcze jedno łóżko, to nikt od siedmiu lat na nim nie leżał. Kim nigdy nie miał współlokatora z sali, ale za to miał dość sporo kolegów z oddziału. Na przykład taki Namjoon z sali numer 5. Chorował na raka płuc, zawsze chodził z dziwnym wózkiem, w którym był tlen (miał dziwne rurki w nosie), ale tak to był całkiem fajnym gościem. Był tylko o rok starszy od Taehyunga, ale świetnie się z nim dogadywał. Był też niejaki Yugyeom. Miał białaczkę (tak samo jak Kim, więc nazywali siebie braćmi "krwi"). No i oczywiście w ich chorym składzie nie mogło zabraknąć dziewczyny. Piękna Sooji, chorowała na nowotwór nerek, przez co jedną ma od swojego starszego brata. Może przez to była w składzie, bo miała w sobie coś od faceta.

Sooji była najmłodsza, bo miała tylko czternaście lat, ale to ona była najmądrzejsza z całego składu. Yug miał piętnaście, ale zdecydowanie zachowywał się jakby miał tylko pięć lat.

Tak więc przez siedem lat nikt nie zakłócał spokoju Taehyunga w jego własnej sali (no może oprócz pielęgniarek i lekarzy, którzy potrafili być okropnie natrętni). Wszytko byłoby dobrze, gdyby nie jedno wydarzenie, które zmieniło życie Taehyunga o sto osiemdziesiąt stopni.

16 października 2016 roku, do jego sali wszedł chłopak mniej więcej w jego wieku i usiadł na pustym łóżku, a obok niego postawił dość dużą i jak na oko Taehyunga, ciężka sportową torbę. Kim odłożył książkę, która czytał (już 6 raz z rzędu, ale była taka dobra, że mógłby ją przeczytać jeszcze milion razy) na szafkę obok swojego łóżka i zaciekawiony spojrzał na chłopaka.

run away ♤ j.jg+k.thHistórias para pegar e não largar. Descubra agora