Hej jestem Kama, mam 19 lat, cienkie, zniszczone włosy koloru blond. Podłużną, bladą twarz nie dodającą mi ani grama uroku i duże oczy pełne głębi oceanu. Od 15 roku życia choruję na rzadką chorobę, nieuleczalną chorobę. Pomału umieram. Chcę spełnić swoje marzenia, przeżyć to czego nie przeżyłam do tej pory, ponieważ nie miałam okazji tego zrealizować. Skoro już umieram, nie mam nic do stracenia, a te piękne chwile zostaną w mojej pamięci. Moja mama ma mnie a ja ją, lecz nadchodzi czas rozstania i ona dobrze to wie i ja również. Wiem, że jestem dla niej ciężarem, który ciąży na niej od czterech, długich lat mojej choroby. Często rozmawiam z nią na ten temat, ale zwykle wygląda to tak:
-Mamo, co będzie jak mnie nie będzie, dasz sobie radę?
-Ty byłaś, jesteś i będziesz, i obiecywałaś, że nigdy o to już nie zapytasz.
-Ale mamo...
-Nie ma takiego słowa w słowniku, idź już do siebie.
I tak się kończą nasze rozmowy. Było ich tysiące. Ona myśli, że jej nie słychać, ale płacze, długo i w ciszy. Wtedy ja mam ogromny, kłujący w sercu ból, przypominający mi o tym że to moja wina. Wylała już za dużo łez. Było za dużo smutnego wyrazu twarzy, było za dużo zmarnowanych chusteczek, było za dużo takich rozmów i wtedy...
Postanowiłam uciec. Spakowałam swoje rzeczy, telefon, słuchawki, dokumenty, najpotrzebniejsze rzeczy i pieniądze. Napisałam list.
Mamo,
Byłam dla ciebie ciężarem, i ty dobrze o tym wiesz. Uciekam i mnie nie szukaj. Znalazłam wyniki badań i wiem, że umrę. Lekarze dają mi 13 dni. Są to ostatnie dni kiedy mogę spełnić swoje marzenia. Żegnaj... na zawsze.
Kama
Czekałam kiedy zaśnie, wzięłam na ramię czarną sportową torbę. Ubrana w czarne spodnie i czerwoną bluzę bezszelestnie zeszłam po starych, drewnianych schodach. Pewna stu procentowej ciszy, nagle stając na schodku, zaskrzypiał. Trafiłam do kuchni w której panowała ciemność walcząca ze smugami światła księżyca. Odłożyłam list na duży stół, na którym paliła się świeca. Wychodząc zgasiłam ją i wskoczyłam w wąski, mroczny korytarz prowadzący do drzwi wejściowych. Ubrałam się i wyszłam.
Przed wyjściem spisałam sobie listę moich marzeń:
*Znowu zjeść lody
*Pofarbować włosy
*Zjeść owoce morza
To tylko głupie marzenia, ale dla mnie mają bardzo ważne znaczenie. są to rzeczy których nie mogłam robić do tej pory. Nie są to wszystkie moje marzenia, jest ich więcej, ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Wracając do mojego planu ucieczki, zamówiłam taksówkę. Mój transport długo nie przyjeżdżał a ja coraz bardziej się niepokoiłam. Bałam się, że mama się obudzi i cały mój plan pójdzie się walić. Na szczęście się powiodło i szybko udałam się na dworzec kolejowy.
Po dotarciu ujrzałam zupełnie inny świat, a moja ocena spadała z 9/10 do 2/10. Niestety ten dworzec był stary, brudny i zaśmiecony, pełen alkoholików i typowych Sebixów, wykarmionych przez piękno tego wymiaru jakim jest matka. I tym miłym akcentem rozpoczęłam swoją podróż od brudnej stacji, czekając na pociąg, który zawiezie mnie w poszukiwaniu spełnienia moich marzeń. Tych zwykłych marzeń nierealnych dla mnie...
