Słowem wstępu:
Przed Wami ponad cztery tysiące słów. Mam nadzieję, że ktoś przez to przebrnie.
Miałam to dodać na halloween. Ale nadal nie wiem, kiedy to wypada, a poza tym nie mogłam się powstrzymać.
Ta historyjka powstała już na początku września. Znicze są bardzo inspirujące. Teraz pewnie myślicie, że kogoś uśmierciłam. Cóż, nie dowiecie się, dopóki nie przeczytacie. ZUOOO!
— Masz jakiś pomysł? — zapytał bezradnie bohater, który dosłownie był przyparty plecami do muru.
Oboje znowu dali się nabrać, przez co czuli się jak nowicjusze w tym, co robili, a przecież minęło już pięć lat, odkąd oboje dostali magiczną biżuterię i tyle samo czasu minęło od pojawienia się Volpiny, o której Biedronka i Czarny Kot już prawie zapomnieli, a świat razem z nimi, dlatego też tak łatwo dali się omotać nowej pseudobohaterce — Rudej Kocicy.
Na oko dziewczyna była w ich wieku. Jej bohaterski uniform do złudzenia przypominał kostium Czarnego Kota, jedyną zasadniczą różnicą między tą dwójką było to, że przebranie dziewczyny było rude, niemalże pomarańczowe, a chłopaka jak wiadomo — czarne. Reszta się zgadzała. Z jej bujnych włosów koloru ceglastego poskręcanych w niezliczone sprężynki wystawały dwa kocie uszka, pod szyją miała złoty dzwonek, z lędźwiowego odcinka pleców wydostawał się pomarańczowy, paskowy ogon z białą końcówką. Nawet jej broń była identyczna z Chata, z tym, iż jej zamiast koloru chromowanej stali była kolory miedzianego. Rzekome Miraculum Kocicy było w jej spince do włosów przedstawiającej kocią mordkę.
Działała identycznie jak Volpina. Najpierw zwiodła ich i wzbudziła u nich względne zaufanie swoją osobą, by potem wbić im nóż, a raczej pazury w plecy.
Groteskowości całej tej sytuacji dodawał fakt, że wielcy obrońcy Paryża zostali zapędzeni w kozi róg przez stado zahipnotyzowanych, dzikich kotów, które w każdej chwili zdolne były do rzucenia im się do gardeł. Za sforą tych, poniekąd uroczych futrzaków, kroczyła dumnie antybohaterka, a jej szatański śmiech roznosił się echem po ciemnej uliczce.
— Tak łatwo było was pokonać. — zachichotała, przykładając dłoń odzianą w pomarańczową rękawiczkę uwieńczoną kocimi pazurami do swoich ust. — A teraz grzecznie oddacie mi swoje Miracula, a jak nie będziecie ze mną w tej kwestii współpracować, to moje kotki chętnie się wami zajmą. — jak na komendę z dziesiątek kocich gardeł wydobyło się mrożące krew w żyłach warknięcie, oznaczające nic innego, jak kłopoty.
Biedronka rozglądała się spanikowana po wszystkim dookoła, nie wiedząc, co ma zrobić, by po chwili przybić sobie piątkę z czołem, przypomniawszy sobie, że jeszcze nie wykorzystała swojej specjalnej mocy.
— Szczęśliwy Traf! — podrzuciła swoje yo-yo do góry, a po chwili do jej rąk wpadła niewielka saszetka z nieznaną jej zawartością. — Co to niby jest? — zdziwiła się dziewczyna, przykładając nos do otrzymanego przedmiotu. — Jakieś zioło?
Koci instynkt, wezbrał w Adrienie, gdy do jego nozdrzy dotarł subtelny zapach wydobywający się tajemniczej, kropkowanej torebeczki, trzymanej przez jego partnerkę. Zanim zdążył nad sobą zapanować, zaczął mruczeć i łasić się do dziewczyny, ocierając się głową o jej ramię.
— Przeprrraszam, Moja Pani, ale to jest silniejsze ode mnie. — wymruczał, na co Biedronka cicho się zaśmiała.
— Kocimiętka. — szepnęła. Zamachnęła się i rzuciła torebkę daleko przed siebie. Otaczające ich stado kotów wyczuło zapach ziela kocimiętki i pobiegło tam, gdzie powinna upaść saszetka. Oczywiście Czarny Kot nie byłby sobą, gdyby również nie chciał pobiec tam, gdzie reszta kociego towarzystwa. — Ogarnij się, Kocie! — skarciła go, łapiąc za ogon.
