W momencie, kiedy mama przygarnęła psa, postanowiłam mieć coś własnego, dlatego w moim pokoju po paru miesiącach pojawił się kot. Zwykły, dachowy, rudy. Każda decyzja powinna być podjęta po dłuższym przemyśleniu.
Bawił się ogonem tak, jak ze mną mój były. Najpierw nieśmiało, jakbym nie była jego. Dopiero później uświadamiał sobie, że jestem z nim bezgranicznie powiązana. Przynajmniej byłam. I tak co wieczór, aż do tego momentu, kiedy padła propozycja.
- Kochanie, jutro idziemy do teatru - powiedziałam radosnym głosem podchodząc do niego od tyłu, dotykając ramienia.
- Nie - warknął cicho.
- Dlaczego? - zapytałam łagodnym głosem, pełnym smutku i natrętnego jęku, jakbym chciała wyłudzić od niego zgodę.
Nie odpowiedział. Milczał bezkarnie, a mnie ta głucha cisza zabijała od środka. Dwa lata temu, kiedy się poznaliśmy, powiedziałam mu, że z nikim nie mogłabym tak milczeć, jak z nim. Zmienił rolę mojego kochanego zajęcia i karał mnie nim. Była to jego broń stosowana przeciwko mnie w niewygodnych sytuacjach.
Milczenie nie zawsze jest złotem, kiedy miesza się z błotem.
