Prolog

62 4 5
                                        


Siedziałam jak zwykle przed swoją ulubioną grą i ze słuchawkami na uszach poświęcałam się w całości historii się w niej toczącej. Co jakiś czas tylko patrzyłam na zegarek wbudowany w obudowę piekarnika. Dochodziła dwudziesta druga, a moi rodzice z bratem mieli wrócić do dwudziestej pierwszej.

Początkowo się nie martwiłam, kiedy okazało się, że są spóźnieni – często im się to zdarzało –, ale zawsze dzwonili lub wysyłali chociaż wiadomość, a tymczasem telefon leżący u mnie na kolanach milczał. Pies cicho popiskiwał przy moich nogach wyczuwając moje zdenerwowanie.

W miarę jak mijały kolejne minuty moje zdenerwowanie rosło. W pewnym momencie gra zaczęła iść mi tak źle, że prawie rzuciłam padem. Wyłączyłam konsolę i wzięłam telefon do ręki. Z powrotem opadłam na moją pufę do grania i zaczęłam obracać nim w palcach. Uspokoiłam oddech w myślach wyliczając najróżniejsze powody ich spóźnienia, ale nie dopuszczając do siebie tych najgorszych.

Gdy byłam już spokojniejsza wybrałam numer i przyłożyłam telefon do ucha. Czekając na połączenie oblizałam suche wargi. Liczyłam sygnały. Jeden... Drugi... I tak czekałam. W końcu usłyszałam najbardziej znienawidzony przeze mnie komunikat w tamtej chwili, że numer nie odpowiada. Od razu wybrałam numer do brata. Bez rezultatów.

Półgodziny później krążyłam już niespokojnie po pokoju, a mój pies ze mną. Co jakiś czas stawałam i ponownie próbowałam się do nich dodzwonić. Dla dodania sobie otuchy zanurzałam rękę w gęstej sierści mojego ukochanego Malamuta.

Po upływie kolejnych trzydziestu minut wpadł mi do głowy oczywisty pomysł. Zadzwoniłam do znajomych rodziców, u których odbywało się przyjęcie. Powiedzieli mi tylko, ż przyjęcie już dawno się skończyło, a ja jestem nienormalna, bo dzwonię do nich o takiej porze.

Więc czekałam kolejne godziny.

Aż ranek zastał mnie niewyspaną i zdenerwowaną.

Znużona obmyłam twarz wodą, żeby się trochę orzeźwić i ocucić, ale nie za bardzo pomogło.

O godzinie dziewiątej ktoś zapukał do drzwi. Pierwszą moją myślą było to, że w końcu przyjechali, ale dotarło do mnie, że nie pukaliby do własnego domu. Pełna strachu otworzyłam drzwi, za którymi stało dwóch mundurowych.

– Dzień dobry. – starszy z wyglądu skinął mi głową. – Pani Zuzanna Siwoń?

– Tak, to ja w czym mogę pomóc? – mój głos był niepewny i załamywał się.

– Starszy aspirant Wajłach i młodszy aspirant Gowul. – kontynuował starszy. Obaj okazali odznaki. – Czy jest z panią ktoś z rodziny?

– Nie. O co chodzi? – byłam coraz bardziej zdenerwowana. Mój wierny czworonóg wsadził łeb pomiędzy moje udo, a futrynę. Złapałam go za sierść na karku.

– W nocy z wczoraj na dziś miał miejsce wypadek...

Nie! Nie, to się nie dzieje! Nie...

________________________

Pierwszy rozdział nowej wersji pojawi się dzisiaj, a następne będą publikowane co tydzień. Mam nadzieję, że ta wersja będzie lepsza niż poprzednia.

DzikiSus

425 słów

27.07.2017


AmonStories to obsess over. Discover now