Prolog

38 2 1
                                        


-01.07.2017-

Los Santos, Motel Idlewood

-Sadzę że tak, to ma prawo się udać - Dodał szczęśliwy do swojego rozmówcy przy telefonie.

-Wiem .. tak, okej w porządku, nie wszystko poszło zgodnie z planami, ale proszę Ciebie, czy mogł.. - Na chwilę zamilkł, przerwano mu jego wypowiedz

-Ugh, czy mogłabyś przygotować wszystko na ... - Podrapał się po głowie, poprawił okulary, przeleciał wzrokiem każdą ścianę w pokoju

-Na Dwudziestego siódmego lipca? Tak, wiem że to tydzień różnicy, ale Stev mnie poprosił o pomoc .. - Okulary jeszcze raz poprawił lewą dłonią.

-Dobrze wiesz że jest to mój przyjaciel, nie powinienem mu odmawiać, dobrze oboje wiemy ile mu zawdzięczam ... Dobrze, tak, będę, pozdrów dzieciaki, do usłyszenia - odciągnął telefon od ucha, rozłączył się i wrzucił go do kieszeni jeansowych spodni.

-Która to już? - Spojrzał na wiszący przy oknie zegar, podrapał się po policzkach na których utrzymywał się tygodniowy zarost.

-Ta, dziesiąta a Ty już rozmawiasz sam ze sobą Ty stary koniu, heh. No cóż, tak już bywa - Zaśmiał się pod nosem, złapał za pilota leżącego na stole, włączył malutki zestaw Audio, wcisnął przycisk "play" a muzyka sama wypełniła pomieszczenie.

Zespół Imagine Dragons jak zwykle wpadł mu idealnie w ucho, sam udał się do łazienki w celu wykonania porannych czynności takich jak umycie zębów czy czesanie włosów.

Po dziesięciu minutach otworzyły się drzwi łazienki, światło zgasło a Patrick opuścił pomieszczenie i udał się do drzwi szafy mieszczącej się w jego sypialni, szarpnął mocniej za uszkodzone drzwiczki i sięgnął do środka po białą, niewyprasowaną koszulę, zarzucił ją na siebie, przejrzał się w lustrze jeszcze raz poprawiając swoje brązowe jak kasztany jesienią włosy. Poprawił jeszcze raz na koniec swoje okulary w czarnych oprawkach i dodał

- Włosy zadbane, heh. Gdyby tylko jeszcze jakieś nowe oprawki sobie ogarnąć, nic nie ma wiecznej wytrzymałości - Przeszedł do salonu, spojrzał na stół na którym znajdowały się kluczyki od auta

- Nic nie wytrzyma wiecznie, ale wszystko może wiecznie dobrze wyglądać .. cokolwiek - Machnął ręką, wrócił się na chwilę do sypialni po czym wyciągnął z szafy swoją ulubioną skórzaną kurtkę, która była tylko minimalnie jaśniejsza od jego włosów, zarzucił ją na prawy bark, zamknął szafkę.

Obrócił się na pięcie, ruszył w stronę salonu, z stołu zabrał kluczyki od auta. Korzystając z okazji że przy samiutkim stole jest okno, wyjrzał przez nie aby móc zobaczyć swoje auto.

Czarny Volkswagen Golf III czekał już na swojego właściciela. Uśmiechnął się na ten widok Patrick, szybko skierował się więc w kierunku drzwi wyjściowych, nacisnął na klamkę, pociągnął do siebie, złapał jeszcze za klucz po wewnętrznej stronie drzwi i przełożył go na drugą stronę, pociągnął klamkę do siebie, przekręcił kluczyk i ruszył do klatki schodowej.

Dochodzac do niej, na rogu spotkał swojego znajomego - Clark'a, który widząc Patricka prawie natychmiastowo "zbił z nim grabę"

-Kogo ja to widzę w sobotnie południe, no gadaj gdzie tak się wystroiłeś - Przyjrzał się koszuli Patricka

-Tia, cześć Clark. Śpieszę się na spotkanie z kumplem, wiesz "Interesy" - Zaśmiał się

-Interesy? Co, znów się zabawiasz się w dilerkę? - Zaczął się śmiać - Stary, lepszego towaru to nikt w okolicy nie oferował

-Cśśś -Śmiejąc się próbował uciszyć Clark'a - Wiesz dobrze w jakiej byłem sytuacji finansowej, nie wracajmy do tego "tematu"

-Tematu ... - Clark przez chwilę stał z głupim uśmiechem skierowanym w stronę Patricka, dopiero po paru sekundach zrozumiał zastosowaną grę słów - Aaaaa, dobre dobre - Tyknął go parę razy palcem w okolice brzucha

-Tia, - Złapał za palec którym tykał go Clark - później możemy gdzieś na jakieś piwerko wyskoczyć, znaczy jeśli wolny jesteś.

-Myślisz że ja mam jakieś zajęcia po tym jak rozwiązali jednostkę? Całe dnie siedzę na siłowni, w nadziei że kiedyś Phillip zmartwychwstanie, dobra. Nie zawracam gitary. Do później - Poklepał go po ramieniu po czym poszedł szybkim krokiem w kierunku swojego pokoju motelowego.

Patrick odwzajemnił gest uśmiechając się pod nosem i dodając ciszej - Wariat, heh - Udał się w kierunku klatki schodowej po której szybciutko zbieg sprawdzając przy okazji godzinę na telefonie

*10:34* - Woooho, chyba komuś tu czas ucieka - pomyślał.

Truchtem skierował się do swojego auta, bezproblemowo i szybko je otworzył, wrzucił kurtkę na miejsce pasażera, przekręcił kluczyk w stacyjce, dodał trochę gazu i ruszył w kierunku Glen Park.

Mr.PerezWhere stories live. Discover now