Biegł tak szybko, że nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Za dziecka, czyli jeszcze pięć lat temu, nikomu nie śniło się nawet, żeby przygotować go na taki wysiłek fizyczny. Miał wychować się w ciepłym, przytulnym domu, zająć wygodną posadę w biurze i osiągnąć to, co jego ojciec, by wyżywić rodzinę. Tymczasem biegł w kanałach, odganiając szczury głośnymi, pospiesznymi krokami. Od wyjścia dzieliło go tak niewiele - zwykła krata, którą należało unieść. Dotarcie do niej powinno zająć mu nie więcej niż dziesięć sekund. Wtedy robota zostanie wykonana, a biżuteria powróci w ręce właścicielki wraz z wydarzeniami, których była świadkiem.
Wziął ostatni oddech i wytrącony z równowagi, potknął się o starą, zapomnianą torbę spoczywającą w płytkim strumyku. Wówczas wokół nastała głucha cisza, na którą kompletnie nie był przygotowany. Miano go gonić, wyrywać zdobycz z rąk... Czuł się oszukany przez los, ale wyłącznie w tym pozytywnym znaczeniu. Nie brakowało mu adrenaliny, toteż napawał się wszechobecnym spokojem, przerywanym jedynie przez kapiącą z sufitu wodę.
- Dobra robota - usłyszał miękki głos w ciemności.
Zadowolony rozprostował kończyny i otrzepawszy nogawki, uśmiechnął się szeroko. Obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni i gwizdnął z dumą:
- Też tak myślę.
Jednak poczuł się dość nieswojo... Jego opiekun ograniczał czułości do minimum, natomiast ten człowiek, kimkolwiek był, położył mu dłoń na głowie, a chwilę potem złapał za włosy i szarpnął z siłą, jaka spokojnie zwaliłaby go z nóg. Tak pewnie by się stało, gdyby nie kolejna ręka, tym razem wyłaniająca się z włazu na górze, która zdecydowanym ruchem wyrwała go z objęć nieprzyjaciela. Mimo to nie czuł się ani trochę bezpieczniej i gdy tylko znalazł się na wyższym poziomie, odskoczył jak oparzony, powstrzymując się od krzyku.
- Mówiłem, żebyś nie wdawał się w pogawędki z kanałowcami - skarcił go, tym razem znajomy, mężczyzna.
Sam nie wiedział, czy jego widok był pocieszający. Bo o ile ciężar spadł mu z serca, o tyle wzrosła irytacja i uraza za brak szacunku do swojego pomocnika.
- Przecież wiem - fuknął w odpowiedzi, podając złote naszyjniki towarzyszowi.
Blaise wydawał się niezrażony szorstkim tonem głosu swojego rozmówcy i z chytrym uśmieszkiem rzucił: "Wracajmy na powierzchnię, po naszą nagrodę."
Młody wiedział już, o jakie wynagrodzenie chodzi. Siedział w tym biznesie od dawna, konkretnie od dnia, w którym miłosierny mężczyzna szlachetnie ugościł u siebie biedną przybłędę. Zawsze kończyło się tak samo - dzieciak wracał do domu, odpoczywał po swojej misji i wieczorem odrabiał lekcje, czekając na powrót wycałowanego bruneta z torbą wypchaną pieniędzmi.
Ich nudna egzystencja ograniczała się do schematu zadanie-wolne-zadanie, lecz Aimé nie narzekał na swój los. Tak długo, jak jego sekret pozostawał jedynie jedną z wielu tajemnic, mógł cieszyć się małym pokojem, jedzeniem i towarzystwem, które choć niekiedy było dla niego utrapieniem, pomagało mu normalnie funkcjonować.
Tej nocy było dokładnie tak samo. Zegar wybił północ, a chłopiec nie był w stanie przymknąć oczu nawet na moment. Pod powiekami ciągle widniały świecące w mroku oczy gryzoni, z kolei pieczenie na głowie zelżało minimalnie. Na pewno nie na tyle, by mógł je ignorować. Niechętnie wyszedł z łóżka i cichutko skierował się w stronę drzwi. Dochodziło do niego zduszone przez ścianę wycie telewizora. Najwidoczniej Blaise miał wystarczająco dużo siły, aby lenić się całą noc. Kiedy wyszedł na korytarz, głosy stały się wyraźne i teraz spokojnie rozumiał każde zdanie. Wywnioskował, że była to komedia i chociaż brunet szczerze je uwielbiał, tym razem nawet nie parsknął. Aimé znów odczuł niejaki strach. Ostatni dzień w jego prawdziwym domu wyglądał identycznie - obudził się w środku nocy i potruchtał do kuchni po szklankę wody. Następnego ranka został wyrzucony na bruk. Nie, żeby było to jakoś powiązane. Zawinił czymś kompletnie innym, czego sam jeszcze nie zdążył pojąć.
Przełknął ślinę i nieco pewniej zszedł po schodach. Jego baczne spojrzenie śledziło każdy centymetr podłogi i obserwowało przedmioty ułożone na wypolerowanych szafkach. Nic się nie zmieniło, jego pedantyczność była dostrzegalna w każdym miejscu. Gdyby Blaise planował pozbyć się go za siedem godzin, na pewno nie robiłby tego z taką ostrożnością. Myśląc w ten sposób, uspokajał się wystarczająco mocno, żeby jego zwykle pochmurna twarz nie przybrała żadnego konkretnego wyrazu.
Słyszał, jak kanapa gwałtownie ugięła się pod mężczyzną, który zapewne podskoczył z zaskoczenia. Blondynek nie często składał mu wizyty w nocy, zwłaszcza bez żadnego powodu. Jasne kosmyki odstawały w każdym kierunku świata, a podkrążone oczy przymrużały się przy styczności z ekranem telewizora. Opiekun wyglądał na realnie zmartwionego. Równie dobrze mały mógłby stanąć przed nim z nożem w tułowiu.
- Nie mogę zasnąć - westchnął cicho, spuszczając głowę.
W wieku czternastu lat godność powinna zabraniać mu podobnych poniżeń, jednak teraz o to nie dbał. Chciał po prostu odpocząć tak, jak powinno się odpoczywać - w wygodnym fotelu, w ciszy, nie wpajając pojęć z podręcznika.
- Siadaj, młody - zaproponował Blaise, ponownie rozciągając się na sofie. Nawet teraz nie zdjął z głowy cylindra, który w oczach Aimé był dla niego ważniejszy niż korona dla króla.
Chłopiec posłusznie wykonał polecenie i zajął siedzenie po drugiej stronie stołu. Czuł się, o zgrozo, bezpiecznie i to w obecności samego Blaise'a Duranda!
- Spisałeś się - brunet nie szczędził mu sympatii i chłopiec bał się myśleć o tym, co miało miejsce, kiedy ślęczał nad książkami.
- Tylko wkradłem się na posesję Subercaseux. To ty obezwładniłeś strażników - przypomniał.
- Ale nie ja uciekałem kanałami.
To był argument nie do przebicia, jednak nie mógł zebrać się w sobie na podziękowanie. Mężczyzna, który grał rolę jego przybranego ojca, popisywał się swoim nosem do interesów, chytrością i egoizmem, przez co czasem ciężko było uznać którekolwiek jego słowo za szczere. Może to alkohol, jaki zdecydowanie było od niego czuć, zmienił go w lepszego człowieka...
- Nadal mogę tu zostać? - wyrzucił z siebie nagle, przez co dorosły zastygł w bezruchu.
- Cóż, masz tu całkiem niezłe warunki... - Blaise potarł kark. W mroku wyglądał o wiele starzej, a miał jedynie trzydzieści lat. - No i prawnie jesteś jeszcze gówniarzem.
Nie odpowiedział w nadziei, że choć przez moment starszy zachowa pełną powagę i da mu tym do zrozumienia, że wcale nie żartował. Na szczęście minuty mijały, a opiekun nie wyglądał na rozbawionego.
- Wspominasz stare czasy?
Tym razem usta blondyna rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu.
- Jesteś tak nieodpowiedzialny jak mój ojciec.
* * *
Ruszam z nową opowieścią! Mam nadzieję, że chociaż ta przyniesie mi dumę i doczeka się zakończenia XD Oceniajcie~
YOU ARE READING
Sorry about the inconvenience || Yaoi
Teen FictionBlaise wraz ze swoim małym pomocnikiem o skrywanych, nadprzyrodzonych zdolnościach, podejmują się rozwiązania serii zagadek dręczących mieszkańców Paryża. Aimé stara się zadowolić przybranego ojca, ale z czasem staje się to coraz trudniejsze. Jednak...
