Rok 32 po śmierci naszej.
Tereny odrodzonego paktu dwóch mórz.
Noc powoli zaczęła ukazywać swój prolog w postaci płatków smolistego śniegu, robiło się coraz zimniej, a wszystkie stworzenia powoli szykowały się do snu. Cały ten proces zakłócał niestandardowy gatunek, nie przystosowany i nie należący do tego świata. Człowiek mimo, że to on stworzył to nowe środowisko, zawsze już będzie czuć tutaj wyobcowanie. Mimo ,że minęło sporo czasu od upadku znanego ludzkości wzorca, dalej nie przystosował się do teraźniejszości.
- Zaraz będzie noc - Męski bas zakłócił nierytmiczny trzask płonącego ogniska.
- To już wiemy wnioskując po czarniaku, ale skoro o tym mówisz to chyba nie tylko noc cię martwi ? - Zapytał inny.
- Będzie burza, czuję to w mięśniach. - Lekko drżącym głosem dokończył bas.
- Nie zawodnie oceniasz naszą nową "adoptowaną" matkę naturę, ale wiesz co by to mogło znaczyć? - Nieznajomy uśmiechnął się do swojego towarzysza.
- To że dobrze ją czuję mogło by oznaczać, że jestem dobrze napromieniowany, a to że nadchodzi burza oznacza, że mamy przejebane i czas się stąd zwijać.
Grafitowa pierzyna, którą zakryte było niebo zaczęła pękać pod ostrzałem światła o płomienistych barwach. Chmury rozrywane w pół przez spływające promienie słoneczne, zmieniały miejscami kolor na ciemno zielony co nadawało nieboskłonowi ponury kontrastowy wygląd.
- Jak zwykle nieomylny. - Przyznał wątlejszy z dwójki zakapturzony towarzysz.
- Mniejsza z tym, gdzie jest najbliższy schron? - Zapytał ten wyższy i lepiej zbudowany.
Śmiercionośne światło sięgało coraz bliżej ziemi, robiło się jaśniej, ale i otoczenie zmieniło barwę na czerwoną, jakby tego było mało czuć było narastający wiatr.
- Najbliżej mamy chyba do Tytanika. - Rzucił w stronę kamrada, chudy.
Obaj przmierzali pustkowie jakie zostawił Bałtyk po oschnięciu. Nic poza słonymi taflami nie widniało na horyzoncie, jednak faktycznie na północ parę mil od nich znajdował się wrak kontenerowca, który z czasem osiadł gdy morze parowało od śmiertelnych dawek kwantów gamma. Biegli, a sztorm był coraz bliżej. W ostatniej chwili dobiegli do wraku kontenerowca, jednak coś było nie tak. W środku paliło się światło, a drzwi do kajut były zamknięte od środka.
- Ktoś tam jest. - Powiedział większy wskazując na swój karabin.
- Wiem, że czasy niespokojne, ale ludzi jest zbyt mało żeby się nawzajem zabijać. Nic cię nie nauczyła cała ta farsa ? - Odszeptał chudy.
Duży tylko spuścił głowę.
- I tak nic nie zdziałamy, jest zamknięte. - Dodał mniejszy.
Zapukał w grube stalowe drzwi. Po chwili coś zaskrzypiało w mechanizmie, a płyta dzieląca ich id wnętrza uchyliła się.
- Słucham? - Zabrzmiał szorstki głos.
- Witamy, jest nas dwóch. Szukamy schronienia przed burzą, wpuści nas pan do środka? - Zapytał chudy.
- Moi towarzysze mają was na muszce więc bez gwałtownych ruchów. - Ostrzegł ich nieznajomy otwierając drzwi.
Zanim zdążyli spojrzeć weszli do środka i od razu zamknięto za nimi drzwi.
- Witamy na "Tytaniku". - Chrypnął facet, który im otworzył. - Broń zostawcie w tej szafce. - Dodał wskazując na metalowy schowek osobisty.
Zrobili jak im polecił i rozejrzeli się po wnętrzu.
- Trochę się tu zmieniło. - Wyszeptał duży.
Z pomieszczenia usunięto wszystkie łoża, a szafki ustawiono w szeregu przy drzwiach - to w nich schowali broń. Przy ścianie przeciwnej do wejścia ustawiono bar z blachy, a na po bokach stały dwa stoły i krzesła. Całość pomieszczenia oświetlania była lampkami oliwnymi ustawionymi na stołach i świecą na barze.
- Jestem Siwy, prawdopodobnie najstarszy człowiek w obrębie paru dziesięciu kilometrów. - Przedstawił się mężczyzna, który ich wpuścił.
- Miło mi, ja jestem Wis, a to mój towarzysz w podróży i niedoli Kacap. - Odpowiedział chudy, a większy tylko przytaknął.
- Kacap? Nie obraża się pan jak tak na pana wołają? - Zapytał Siwy.
- Nie, akurat ten pseudonim do mnie pasuje.
- Siwy może nas też przedstawisz, nie często spotykamy jakiś ludzi, a po za tym niech usiądą, gdzie twoja gościnność ? - Powiedział ktoś siedzący przy barze.
- A tak tak tak. To jest Tarka. - Wskazał na właściciela poprzedniej uwagi. - Tutaj obok siedzi Miś, a to jest Wład.
Tarka cały czas odwrócony był tyłem, ale widać było, że ubrany jest w mundur z czasów, kiedy ludzie jeszcze żyli w swoich domach. Jego głowa nakryta była kapturem więc nie widzieli twarzy. Miś siedzący przy stole obrócił się od razu, po jego posturze nie dało się łączyć pseudonimu z wagą - był jeszcze chudszy od Wisa, a dżinsy które nosił potęgowały ten efekt. Miś nie był ogolony, a jego ciemne blond włosy sięgały mu do szyi co przywoływało obraz dawnego kloszarda, na dodatek od razu widać było, że trzęsą mu się ręce. Pseudonim trzeciego stał się jasny od momentu, w którym zobaczyli jego twarz. Typowe cięte rysy, ciemne kręcone włosy i gęste wąsy - istny Vlad palownik.
Wis zdjął kaptur i gestem przywitał wszystkich, po czym usiedli przy stole z Misiem i Władem.
- Panowie, może napijecie się wódki? - Zaproponował Siwy.
Alkohol w tym świecie, był jak dzikie zwierzęta przed wojną - jeden krok za daleko i po tobie, najlepiej omijać łukiem i to całkiem sporym. W tych czasach wysotrzone zmysły to główny warunek przetrwania, dlatego na chwilę słabości porywali się tylko głupcy i szaleńcy... albo Polacy.
- Nie, ja podziękuję, sam pan rozumie. - Westchnął Wis.
- A ja poproszę. - Powiedział Kacap. - Z czego to wódka? - Zapytał od razu na wszelki wypadek.
- Z wodorostów, trochę ich tu zostało. - Odpowiedział Siwy.
- Egzotycznie, czegoś takiego jeszcze nie próbowałem. - Zażartował Kacap.
- Powoli zaczynam rozumieć skąd ta ksywka. - Odżartował Starzec.
Wkrótce dwa kubki zrobione z puszek wypełnił mętny płyn, jednak nie na długo, bo szybko zniknął najpierw w gardłach, a potem w brzuchach.
- Dobre. - Przyznał Kacap.
- Skąd pomysł by założyć bar na tym, nie ukrywajmy, zadupiu? - Spytał Wis.
- No widzisz, ja już jestem stary, ponad pięćdziesiąt zim przeżyłem. Trzeba w końcu gdzieś osiąść i się ustatkować. - Powiedział Siwy. - A to dobre, z tym ustatkowaniem to mi wyszło. - Dodał rechocząc stary.
- Da się z tego wyżyć? - Dopytywał chudy.
- Czasem szwedzkie karawany do nas zawitają, czasem samotnicy, jak wy, sprzedajemy wódkę za jedzenie, sami też jemy wodorosty, a jak bieda to koledzy idą zapolować, albo podejmują się różnych zleceń i jakoś nam się układa, tylko kobity brakuje.
- A to nie tylko wam. - Trochę rozluźnił się Wis i zażartował.
- No panie Siwy, jeszcze po jednym? - Spytał Kacap tonem nie znającym odmowy.
- Jak pan tak przekonuje, to czemu nie.
Kolejny kubeczek przechylony, a niepijący tylko zakręcili głowami.
-To wyobraź sobie Siwy, mogę mówić po prostu Siwy? Wyobraź sobie, że my nie będziemy gorsi i też wam się dorzucimy do tego życia, żeby nie na krzywy ryj i w podzięce za podwieczorkowy poczęstunek. - Mówiąc to Kacap wyjął ze starego brezentowego plecaka zawiniątko i rzucił na stół.
- Co to? - Spytał chwiejnym głosem Miś.
- Ryż - Odpowiedział Kacap.
Wszyscy poza Wisem, Kacapem i Tarką, który dalej się nie pokazał wytrzeszczyli oczy.
- Ale skąd? - Zapytał Siwy.
- Otóż, na lądzie, a dokładniej na bagnach jest takie małe miasteczko i oni tam to hodują, co prawda daleko temu do dawnego ryżu, ale jest jadalny i to całkiem smaczny.
- O jak dobrze się składa, właśnie planowałem powiększyć menu naszego baru, bo same grzyby i wodorosty szybko się nudzą, panowie przyjmujecie zlecenia? - Zapytał podekscytowany Siwy.
- Tak, ale bagna są daleko i chyba się nie opłaca tyle drałować. - Zbył jego pomysł Wis.
- Mamy łazik DPV, możecie nim pojechać, znaczy się jeden z was.
- Panie Siwy, podróżowanie samemu w tych czasach to głupota, a tak w ogóle skąd go wytrzasnęliście? - Wis starał się wybić ten pomysł Siwemu z głowy.
- Tak jakoś całkowicie przez przypadek wpadł na niego Tarka, a i sam nie podróżował byś, bo łazik ma dwa miejsca - jedno kierowca i drugie strzelec, ale, że czasy ciężkie niestety nie damy wam łazika na własną rękę, rozumie pan, że dopiero się poznaliśmy...
- Tak i nie mam tego panu za złe. - Przytaknął Wis patrząc w kąt pomieszczenia.
- Ja pojadę z nim. - Odwrócił się Tarka i wskazał na chudego Wisa.
Jego twarz była zniszczona przez wiatr, wiek i promieniowanie. Obok obu skroni miał dwie punktowe blizny wielkości przedwojennej monety. Nie miał nawet najmniejszego śladu po zaroście co w tych czasach było rzadkością. Jego wyblakłe piwne oczy przeszywały gości, aż ciarki przebiegły nawet Kacapowi.
- W końcu to ja zajmuję się Łazikiem, a ty wyglądasz na rozgarniętego. - Dodał nie oczekując odpowiedzi.
- Ale to jutro. - Przeciągnął się Siwy. - Najpierw w ogóle musimy spróbować tego ryżu, a i burza także wadzi.
- Ja zaprowadzę kolegów do kajut. - Po raz pierwszy odezwał się Wład nosowym głosem. - Jak chcecie to możecie wziąć ze sobą broń, ale bez wygłupów.
Burza, przed chwilą szarpiąca całym wrakiem, powoli ustawała. Noc była spokojna, nie gwiaździsta, ale spokojna.
CZYTASZ
Losy i tak martwych ludzi.
Science FictionPost-apo którego akcja dzieje się w Polsce pare lat po wojnie atomowej.
