Rachunek przyślij pocztą

16.1K 458 159
                                        

 "Szkoła średnia to najlepsze lata w twoim życiu! Tak, właśnie tak! Tylu wspaniałych wspomnień nie zdobędziesz nigdzie indziej! W collegach zbierzesz kolorowe zdjęcia z imprez, których nie będziesz pamiętać, lecz to teraz, tutaj jest twój czas! Potańcówki, kiermasze, organizacje charytatywne, kółka zainteresowań, orkiestra, sportowa drużyna, cheerleading, wycieczki i masa innych wspaniałości. Już dziś dowiedz się więcej, zaglądając na stronę naszego lokalnego ogólniaka, uwielbianego przez jego uczniów: www.libertyhighschoo..."

- Gówno prawda- warknęłam, agresywnie przekręcając gałkę odpowiedzialną za działanie radia. Poprawiłam okulary, które zsunęły mi się nisko, odbierając ostrość wzroku. Nienawidziłam tej przeklętej reklamy swojej budy. Kłamstwo na kłamstwie, ot co. Mieliśmy sporo opcji zajęć pozalekcyjnych, jasne, ale mogły do nich należeć tylko osoby uprzywilejowane społecznie lub w jakimś sensie powalone. Bale i dyskoteki były tym samym, a odbywały się raz w roku, wyłącznie dla dwóch ostatnich roczników. Przy instrumentach siedziały same zboki, które na widok dziewczyny sikały w majtki. Akcje zbierania pieniędzy na ważne cele bazowały na fundowaniu wstrętnym, popularnym, żmijowatym cheerleaderkom lśniących czystością stroi uszytych na miarę. Koszykarze gwizdali na korytarzach za zgrabnymi tyłkami swoich koleżanek, rozpychając się łokciami, jakby świat należał wyłącznie do nich. Jedyna podróż jaka miała się odbyć to ta w tym roku, bo wcześniej w dyrekcji uznawali, że jesteśmy zbyt zajęci nauką i wybieraniem przyszłej ścieżki kariery, by chcieć ruszać się poza granice stanu. Żadnego pieprzonego kina, nic. Dzieciaki - właściwie młodzi dorośli - były okrutne, fałszywe, sztucznie przyjazne i liżące odbyt swoich wychowawców. Czy przesadzam? Zdecydowanie nie.

Na samym początku dziewiątej klasy byłam przekonana w stu procentach, że porwie mnie wir przygód, gdy przekroczę próg swojej nowej szkoły. Przeprowadziliśmy się z rodzicami do Teksasu, by odetchnąć nieco od wielkomiejskiego żargonu i społecznej walki o przetrwanie. Wybraliśmy dość niewielkie miasto, liczące zaledwie koło trzydziestu pięciu tysięcy mieszkańców i stu kilometrów kwadratowych. Rzadko bywało tu zimno, temperatura w styczniu potrafiła podchodzić do piętnastu stopni ze względu na klimat podzwrotnikowy. W każdym razie zakochałam się w tym miejscu od pierwszego dnia. Jednak mój zapał osłabł, kiedy doczekałam się swojego premierowego lunchu w licealnej stołówce, gdzie Hannah Lynch, przewodnicząca grupki pustych lasek oblała mnie swoim bezlaktozowym szejkiem truskawkowym z głośnym "ups!", które nawet nie brzmiało jak próba nabrania mnie. Reszta obecnych albo parsknęła gromkim śmiechem, wskazując na mnie palcami albo udawała, że tego nie widzi, zajęta studiowaniem opakowań swojego jedzenia. Rozpłakałam się wtedy i to był mój błąd. To te kilka łez zadecydowało o tym, że takie wypadki działy się częściej w różnorakiej formie. Pobiegłam do łazienki, przejrzeć się w lustrze i ocenić straty. Miałam zaczerwienione od powstrzymywanego szlochu policzki. Zerwałam potężny kawał papieru toaletowego, szorując dokładnie materiał niebieskiej koszulki. Problem polegał na tym, że brakowało mi najważniejszej w tym wieku rzeczy - urody. Krzywe, żółte od gazowanych napoi zęby komponowały się z grubymi szkłami na moim nosie. Moja cera pozostawiała wiele do życzenia, nieprzyjemnie blada i z pojawiającymi się gromadami wypryskami. Do tego dziesięć kilogramów nadwagi, brak umiejętności komunikacji interpersonalnej i coś, co zaczęło się przez nich.

Przeczesałam palcami kosmyki, wciąż patrząc na drogę przed sobą. W dłoni jak zwykle została mi garstka ciemnych włosów, które ze stresu wypadały mi od trzech najgorszych lat mojego marnego żywota. Oczywiście wprowadziłam drobne ulepszenia pod wpływem nacisku z góry, by zmniejszyć pole do robienia z siebie pośmiewiska. Stałam się chamska i sarkastyczna. Zgubiłam osiem kilogramów, tyjąc przy tym tylko kolejne trzy. Sprawiłam sobie aparat ortodontyczny z różowymi gumeczkami, który wprowadził element odrzucający bezpośrednie docinki z bliska - okropnie plułam. Zaopatrzyłam się także w masę odżywek, masek, olejów, szamponów słabych oraz mocnych, wcierek i herbatek ze skrzypu z pokrzywą. Mimo upływu sporej ilości czasu moja metamorfoza postępowała stopniowo, nad wyraz powolnie. Nigdy się nie głodziłam, chociaż korzystałam z rozmaitych diet. Przyniosły więcej szkód, niż pożytku, więc po roku starań zmieniłam styl życia na aktywniejszy przy regularnych posiłkach pełnych witamin, białka i usprawniających trawienie elementów. W takim układzie dotarłam do wagi sześćdziesięciu kilo, odległa od celu o cztery cyfry. Cellulit, rozstępy i wystający brzuszek jeszcze się nie poddawały. Kolor mojej skóry nabrał pięknego, teksańskiego odcienia, a pryszcze zniknęły razem ze złym odżywianiem. Nie byłam już monstrum, aczkolwiek daleko mi było do księżniczki.

Zamiana rólStories to obsess over. Discover now