– Zbliża się – powiedział cicho Żniwiarz.
Widział jak ich cel idzie w stronę otwartej przestrzeni, z której Wdowa miała na niego świetny widok. Zdziwił go brak odpowiedzi z jej strony. Zawsze odpowiadała, choćby krótkim, bezpłciowym „Przyjęłam".
Cel był na linii strzału. A jednak pocisk nie przecinał powietrza. Nie było charakterystycznego syku, który zawsze oznaczał powodzenie misji.
– Wdowa? – mruknął podirytowany. Odpowiedziała mu cisza w słuchawce.
To nie było do niej podobne. Ani trochę. Zawsze wywiązywała się ze swojej roboty.
– Wdowa, melduj – powiedział, teraz szczerze zaniepokojony. Z trudem powstrzymał się od użycia jej imienia. Wiedział, że go nie znosi, a nadal miał nadzieję, że odpowie. Jednak znów usłyszał tylko ciszę.
Poczuł, że budzi się w nim uczucie, którego od dawna nie czuł. Szczere przerażenie. Raz jeszcze zerknął za ich celem, jednak bez wahania zignorował go, gdy ten wchodził za róg. Wykonał pospieszny krok w cień i już był przy miejscu, w którym ustawiła się Amélie. Zobaczył jednak to, czego wewnątrz się spodziewał, ale i szczególnie obawiał.
Na opuszczonym stryszku cała podłoga błyszczała od krwi. Sine ciało spoczywało w środku tejże plamy w jakby zupełnie naturalnej pozycji. Obok niej leżał niedbale rzucony karabin, z którym zawsze obchodziła się z taką troską. Głębiej w szkarłatnej plamie znajdowała się zdeptana słuchawka.
Żniwiarz spojrzał na twarz snajperki. Nie można powiedzieć, żeby widział w jej oczach strach, ponieważ, jak mężczyzna się domyślał, nawet przy śmierci nie doświadczyła takiego uczucia. Tak jak, zresztą, jakiegokolwiek innego.
Jej pierś była podziurawiona od kul. To wydawało się zupełnie oderwane od rzeczywistości. Amélie zawsze rozpatrywała każdy szczegół. Znała każdą ewentualność, więc czemu teraz najwidoczniej czegoś nie przewidziała? Jak to się stało?
Gabriel wyraźnie pamiętał, jak jeszcze poprzedniego wieczora analizowała każdy czynnik ich misji: ochronę celu, zasłony, za jakimi mógłby się bezwiednie schować, przypadkowych przechodniów, którzy mogliby utrudniać wykonanie misji, mieszkańców budynku, w którym miała się ulokować oraz najdziwniejsze zbiegi okoliczności, na które Gabriel nigdy by nie wpadł, a już na pewno nie uznałby ich za możliwość do rozpatrzenia.
Wtedy jednak słuchał jej z niepewnym uśmiechem, ukrytym za maską. Słuchał i uważnie obserwował. Sposób, w jaki, przez jej zwolnione bicie serca, powoli unosiła się jej pierś, gdy oddychała. Jej ciche pomruki i subtelne, nieco dzikie uśmiechy, gdy dowiedziała się czegoś, co uznała za potencjalnie przydatne. To, jak przygryzała wargę, która ani trochę nie bielała. I spojrzenia, które czasem mu rzucała, gdy zbyt się na nią zapatrzył. Nie podejrzewała jednak, co czuł. Jak mogłaby? Współpracowali jako zabójcy, obaj znani jako pozbawieni emocji.
On jednak, pechowo, nie utracił ich zupełnie. Miał nie kochać. Był zresztą przekonany, że nie jest do tego zdolny. Amélie jednak naprawdę nie potrafiła czuć. Tego Gabriel był pewny jak mało czego. O ironio, zakochał się w tej jednej osobie, która nigdy nie mogła tego odwzajemnić. Mężczyzna nie plenił tego uczucia. Uważał je za cokolwiek przyjemne, odmienne.
Teraz jednak ból związany ze stratą, ból, o którym zapomniał przed wiekami, odradzał się na nowo i z niesamowitą szybkością niszczył mur, który Gabriel tak dbale budował. Szybciej rósł w nim tylko niewyobrażalny gniew. I na nowo podżegana chęć zemsty. Westchnął i powoli zamknął oczy snajperki. Po krótkim wahaniu uchylił lekko maskę i cmoknął ją w czoło. Było lodowate, jakby zginęła już dawno temu. Żniwiarz nie był jednak w stanie tego ocenić. Nie tylko nie był lekarzem, ale i nie potrafił wziąć pod uwagę stanu Amélie.
Nachylił się nad nią, wściekły tak na siebie, jak i na zabójcę. Jednak delikatnie wyjął pocisk z jej piersi, tak, żeby jej nie uszkodzić. Teraz Amélie zdawała się taka drobna, wrażliwa na wszystko wokół.
Niewiele oczekiwał, zakładał po prostu, że zabierze pocisk do Szponu, żeby tam uważniej go zanalizować, co może naprowadziłoby go na zabójcę. Jednak okazało się, że takiej potrzeby z pewnością nie będzie. Świetnie znał ten właśnie pocisk. I jego właściciela. Krew w nim zawrzała, gdy tylko o nim pomyślał.
Niewdzięczny skurwiel.
McCree.
***
Jego zlokalizowanie okazało się banalnie proste jak na osobę, za którą jest nielicha nagroda. Choć trzeba przyznać, że Żniwiarz miał nad policją jedną, znaczącą przewagę. Sombrę, która z przyjemnością udzielała przysług. Znalezienie adresu hotelu Jesse'ego zajęło jej niespełna pół godziny.
Gabriel udał się na miejsce tak szybko, jak tylko było to możliwe. Trafił tam chwilę po północy. Wparował więc do pokoju. Gdy tylko znów się zmaterializował, Jesse wstał natychmiast i od razu sięgnął po broń na szafce nocnej, jednak Żniwiarz był szybszy. Odepchnął chłopaka i przyparł go do ściany, podkładając mu strzelbę do piersi. Mimo to na twarzy McCree malował się szelmowski uśmiech.
– No, no. Nie spodziewałem się, że zostanę zaszczycony twoją akurat obecnością. Prawda, Wdowa była dobra, ale...
– Zamknij się, McCree – wycedził Gabriel lodowato.
– Ktoś musiał wreszcie to zrobić – rzucił i prychnął, niemalże rozbawiony.
Żniwiarz już chciał nacisnąć spust. Na jego twarzy pojawił się jednak sadystyczny uśmiech, którego Jesse nie mógł widzieć. Gabriel przełożył lufę na jego nadgarstek i wypalił. Tamten ze świstem wciągnął powietrze, ale nie było to nawet bliskie do krzyku.
– Masz rację. Z przyjemnością popatrzę, jak cierp...
– Słucham? – przerwał mu bezprecedensowo McCree, nawet nie próbując kryć szczerego zaskoczenia malującego się w jego głosie. – Nie Szpon cię tu przysłał... Oczywiście, nikogo by nie przysłali...
– Gadaj szybciej – szepnął Gabriel. – W tym zawsze byłeś dobry.
– Nie zależało ci na Trupiej Wdowie, zależało ci na Amélie, prawda?
Zaśmiał się, prawie przyjaźnie. Mężczyzna szybko odepchnął myśli, które mu to przywiodło i przyłożył lufę do jego organicznego uda.
– Nie mogę cię przeprosić – zaczął McCree – ale przykro mi, że padło na nią, tato.
Ostatniemu słowu towarzyszy uśmiech, tym razem niezaprzeczalnie ciepły. Przynoszący nieskończenie wiele wspomnień. Gabriel chciał wypalić, ale coś go powstrzymało. Z całą pewnością nie był to jednak głos Amélie, która nigdy by go nie zatrzymała. Prędzej zachęcałaby go do zrobienia tego, po co tam przybył. Nie, tym co go powstrzymało był głos chłopca, którego uczył przez tyle lat. Mówił do niego teraz i wtedy w Blackwatch.
Dlatego już po chwili Jesse leżał na podłodze, a poza nim w pomieszczeniu nie było nikogo. Jedynie okno było delikatnie uchylone.
