Było już jasno. Powoli podniosłem się z ziemi, cały odrętwiały. W oddali słychać było śpiew jakiegoś ptaka, a przez dziurawy dach szałasu wpadały pierwsze promienie słońca. Wziąłem metalową puszkę do pobliskiego strumienia i napełniłem zimną wodą. Rozgarnąłem kupkę popiołu pozostałego z wczorajszego ogniska. Tak jak się spodziewałem, w środku wciąż był tlący się żar. Położyłem na nim garść suchych gałęzi. Po chwili pojawił się płomień. Postawiłem puszkę z wodą no ogniu i wyciągnąłem z szałasu prowizoryczny łuk, który wczoraj wystrugałem. "Dziś muszę coś upolować" pomyślałem. Już trzy dni nie miałem nic w ustach. Woda się zagotowała. Napiłem się i ruszyłem w las. Starałem się nie wydawać żadnych dźwięków. Po jakimś czasie usłyszałem dziwny dźwięk, jakby coś przedzierało się przez krzaki. Wtedy zobaczyłem zarazem smutny, jak i piękny widok. Na małej polance, stała ranna łania. Jedna z jej tylnych nóg była otwarcie złamana. "Najwyraźniej coś już chciało ją zjeść" pomyślałem, "Jeden celny strzał powinien zakończyć jej cierpienia." Podniosłem łuk i napiąłem cięciwę. Już miałem strzelać, gdy nagle zwierzę podniosło głowę i w panice zaczęło uciekać. Sfrustrowany wyszedłem zza krzaków, mamrocząc pod nosem najgorsze przekleństwa. Wtem zobaczyłem coś jeszcze, lub raczej kogoś. Po drugiej stronie polany, w miejscu, które wcześniej zasłaniała swoim ciałem łania, stała dziewczyna. Miała czarne długie włosy, a w rękach trzymała zaostrzony kij, którym pewnie chciała rzucić w zwierzę. Patrzyła na mnie z przerażeniem i ciekawością jednocześnie. Nie wiedziałem co robić. Nie spotkałem człowieka od tygodnia. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nienawidzę ludzi. Gdyby nie ludzie, byłbym wciąż z moją rodziną. Ale oni zaczęli strzelać, bez powodu. Straszne obrazy wróciły. "Nie, musisz zapomnieć!" skarciłem się w myślach. Ona jednak wciąż tam stała. Postanowiłem i zrobiłem krok naprzód. Ona jakby skopiowała mój ruch. Na szczęście udało mi się opanować gniew. Krok po kroku, znaleźliśmy się na środku polanki.
- Cześć - powiedziałem,
- Cześć - odpowiedziała,
- Jestem Jake. - podałem rękę,
- Jane - uścisnęła ją,
- Co...co tu robisz? - dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak głupie to pytanie.
- Staram się przetrwać, tak jak ty. - uśmiechnęła się, był to strasznie szczery uśmiech.
- No tak, wiesz... skoro tak, to może trzymajmy się razem... wiesz, zawsze raźniej - kiedy zdałem sobie sprawę, co powiedziałem, było już za późno.
- O, okej. - Na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec. Schyliła głowę - Nie mam nic więcej, a ty?
- Emm, mam mały szałas przy strumieniu, nic wielkiego.
- To prowadź, strasznie chce mi się pić.
Wróciliśmy do obozu. Gdy Jane się napiła, powiedziała, że widziała miejsce, gdzie rośnie mnóstwo jagód. Nazbieraliśmy ich, ile tylko mogliśmy. Pod wieczór rozbudowałem szałas i rozpaliłem ognisko. Jane nie chciała zbytnio rozmawiać. Zjedliśmy więc jagody i poszliśmy spać. Pomimo nadmiaru wrażeń, od razu zasnąłem.
Dzięki za przeczytanie! Jeśli chcecie, to napiszcie co sądzicie. Jestem tu nowy, wszelkie porady mile widziane!
#Nieliniowiec
CZYTASZ
Walcząc o kolejny świt
Science FictionRok 2064. Po wielkiej wojnie zgliszcza Stanów Zjednoczonych nie nadają się do życia. Ci, którzy przetrwali uciekali na północ. Poznaj historię dwójki nastolatków, którzy po stracie rodziny i przyjaciół postanawiają wędrować razem, walcząc o każdy ko...
