Czasem wydaje mi się, że powinienem umrzeć. Umrzeć tak na zawsze — nie chcę się upić do nieprzytomności, czy naćpać. Nie myślę o zapadnięciu w śpiączkę. Umrzeć tak bezpowrotnie. Zniknąć z Waszego idealnego i poukładanego świata. Już na zawsze. Definitywnie spaść z kredensu. I przestać istnieć i zawadzać.
Nie powiem, kiedy moje problemy się pojawiły. Nie umiem wskazać konkretnego punktu. Tak samo nie wskażę punktu na podłodze, który roztrzaskał moją ulubioną filiżankę z kruchej, chińskiej porcelany. Myślę, że nie ma co się nad tym rozwodzić — problemy trzeba usunąć, a odłamki pozamiatać.
Może moje problemy nie były jakieś poważne — filiżanka również nie roztrzaskała się na wiele malutkich kawałków. Nadal została większa część w całości. Skorupa-mama — czyli ja i jej odłamki-niemowlaczki — czyli moje problemy. Ach, ale ja tak naprawdę chciałem się roztłuc na miliardy okruszków. Małych i niewidocznych. Odejść po cichu.
Może zacznę od początku.
Wiecie, tak naprawdę nie pasowałem do swojego „kredensu". Tradycyjna filiżanka z tradycyjnymi ornamentami nie wygląda dobrze wokół postmodernistycznych kubków i talerzy o dziwnych kształtach. Miałem swoje zasady, które niekoniecznie akceptowało społeczeństwo.
Ceniłem elegancję.
Harmonię.
Stateczność.
Skromność.
Takie głupie cechy, które powodowały, że uważano mnie za... romantyka? Tak, to chyba to określenie. Automatycznie uznano mnie za melancholijnego dziwaka, który wąchając zwiędłą różę, dumał nad losem świata.
Romantyk, dobre mi sobie! Było mi wstyd jak nigdy.
Dystans.
Dystans.
Dystans.
Zachowaj dystans.
Nie daj się prowokować.
Uspokój się.
Dystans.
Chłód.
Sztywne ramy.
Dystans.
Nieufność.
Zwątpienie.
Zwiędła róża.
Płatki z niej opadają.
Umarła.
Umarła...
A dlaczego ja muszę żyć?!
Dlaczego nie pozostawicie mnie bez wody jak tego durnego kwiatka?!
Dystans.
Spokój.
Ale ja tak nie mogę!
Nie chcę prowadzić życia w ten sposób!
Jak wrak.
Jak wrak...
Na ulicy leży martwy kot.
Przejechany.
Martwy.
Lecz nadal piękny.
Ja nie chcę być piękny ani brzydki!
Chcę zniknąć!
Na zawsze.
Na zawsze...
Rynsztokiem spływa krew...
Nie, to zwykła woda...
Woda...
Woda szumi...
Żyje...
A ja nie!
Jestem martwy!
Niestety tylko w teorii.
Niestety...
Róża jest piękna.
Rozpada się pod dotykiem.
Kruchość...
Mamo, czy ja jestem kruchy?
Chcę być kruchy.
Wątły.
Chcę umrzeć.
CHCĘ W KOŃCU UMRZEĆ, DO JASNEJ CHOLERY!
Spaść z kredensu.
Czy wieżowca.
Roztłuc się.
Jak krucha filiżanka z chińskiej porcelany.
Rozpaść się na kawałki jak bezwładna i krucha laleczka.
Laleczki są piękne.
Laleczki są martwe.
Nienawidzę laleczek.
Brzydzę się nimi.
Brzydzę się ludźmi.
Brzydzę się sobą.
Nienawidzę ludzi.
Noszą maski.
Maski są zastygłe.
Nienawidzę masek.
Ach, nienawidzę masek tak bardzo.
A muszę je nosić.
Muszę.
Wykradli moje sekrety.
Odarli mnie z człowieczeństwa.
Słyszę głosy.
Głosy mówią do mnie.
Głosy są mądre.
Akceptują mnie.
Nie dyskryminują.
Pochwalają moje zachowanie.
Nagradzają.
Blizny.
Blizny na rękach.
Blizny na nogach.
Blizny w sercu.
Blizny mają blizny.
A ja stoję.
Rozdarty.
Krwawię.
I płaczę.
Wewnętrznie.
Niech nie pytają o to.
Nie chcę pytań.
Chcę ukojenia.
Czy ktoś mnie przytuli?
Mamo, czy utulisz mnie do snu?
Chcę zasnąć.
I nie obudzić się.
Już nigdy.
Potrzebuję was.
Was, podłe ścierwa.
Tak, Was.
Tych, co mnie gnoili.
Odzierali z godności.
Ty!
Mówię o Tobie.
Nie odwracaj wzroku.
Wiem, że słyszysz.
Naiwna plotkaro!
Nikt Ci nie uwierzy.
Jesteś gównem.
Jak ja.
Jak on.
Jak wszyscy.
Chcę umrzeć.
Potwory.
Wszędzie potwory.
Chcą mnie zabić.
Chcę, żeby mnie zabiły.
Widzę potwora.
Codziennie.
W lustrze.
On jest inny od tych potworów.
Jest straszny.
Boję się.
Mamo, boję się.
Mamo?
To ja. Poznajcie mnie. Nie jestem idealny.
CZYTASZ
Zwiędła róża.
Short StoryRóża zwiędła, a ja umarłem. Chyba. Tekst specyficzny, wierszowany, choć to proza. Wybaczcie. Kilka drobnych wulgaryzmów.
