polanka

25 1 3
                                        

Słońce leniwie wspinało się na wielobarwne o tej porze jeszcze sklepienie nieba. Jego promienie ślizgały się pomiędzy drzewami tworząc świetliste kształty, przeglądały się w kroplach rosy, które spływały ze źdźbeł trawy. Zaglądały do dziupli, budząc zwierzęta nienawykłe do nocnego urzędowania i żegnając te, które władają ciemnością. Wstawał dzień. Ziemia znów otrzymywała życiodajną siłę z nieba, a siła ta głaskała ją i pieściła swym blaskiem pozwalając by serce planety mogło bić.

Z tego serca korzystały większe stworzenia, jak jelenie, które czasami opuszczały las by popaść się na łączce i najmniejsze, jak mrówki, które w dnie i noce przemierzały swoje szlaki. W trawie było wiele mrówczych aglomeracji. Ich mieszkańcy spijali wodę z między źdźbeł, nosili materiały do budowy gniazda, napadali inne żyjątka. Taka właśnie grupa łowców atakowała dżdżownice. Ofiara miotała się odpychając hordę jak najdalej od siebie, jednak liczebność napastników sprawiła, że skapitulowała dość szybko. Część zaczęła zaciągać zdobycz do mrowiska, a reszta oddziału wytropiła kolejną ofiarę.

Ta jednak miała więcej szczęścia. Zniknęła pod ziemią zanim pierwsza mrówka do niej dotarła. Powoli drążyła ziemię w zasadzie nieznanym jej kierunku. Mała różowawa błyskawica, prześlizgująca się między kolejnymi grudami. Głębiej i głębiej.

Nagle spadła. Zawinęła dwa razy ogonkiem i nie zdążyła wryć się znów w ziemię.

Nie minęła chwila, gdy pożarł ją kret . Ssak węszył nosem jeszcze chwilę i ruszył korytarzem ku powierzchni, licząc pewnie na znalezienia kilku czerwi. Z zaskoczeniem odkrył jednak, iż korytarz, który wyraźnie czuje i był tu jeszcze niedawno, zniknął. Zaczął kopać i powoli przedarł się na powierzchnię.

Ziemia zsuwała się gwałtownie na boki kretowiska przysypując nieuważnych przechodniów. W tym żuka gnojaka. Wygrzebał się szybko i nie bacząc na przeciwności wrócił do swojej brudnej roboty.

Zaraz po nim z ziemi wydostała się biedronka, która otrzepała szybko resztki brudu z pancerzyka i udała się w stronę najbliższego źdźbła trawy. Jej wędrówka w górę nie trwałą długo. Uczepiła się tylnymi odnóżami koniuszka liścia i czując że nie może złapać się niczego więcej rozłożyła skrzydła. Zatańczyło w nich słońce, a ona odleciała w ciepło rodzącego się dnia. Jej skrzydła brzęczały, a mały owad kołysał się w podmuchach wiatru. Wreszcie mocniejszy powiew zepchnął biedronkę w chmarę much. Niezadowolona towarzystwem szybko poleciała dalej.

Muchy kłębiły się blisko ziemi ucztując obficie. Przysiadały, to przenosiły się obok, zlizując możliwie najwięcej i znów wzlatywały. Ich roje tańczyły nad powierzchnią ziemi zmieniając kształty, udając cień w smudze porannego światła. Falując po powierzchni skóry, światło podkreślało bezruch ciała. Opalizująco zielone piegi przemieszczały się, dokładnie zlizując swój stęchły pokarm. Od kilku godzin pochłaniały i rozmnażały się w pozostałościach niegdyś urodziwej rudej dziewczyny. Teraz jej usta stały się wejściem do najlepszej restauracji na polance. Jej podrapane i posiniaczone ręce i nogi były gryzione, podszarpywane, lizane i powoli znikały w owadach. Oblepiony brzuch i uda zdawały się pęcznieć.
Potem na trupa i muchy padł cień. Plwociny śmignęły przez chmarę. Pies zaczął obwąchiwać musze danie główne. Ktoś go kopnął i posłał wiązankę przekleństw. Splunął znowu.
- Wiedziałem, że te kerwe trza było sprzątnąć wczoraj...
I pochylił się by sprzątnąć.
Białe mięso a nad nim cień, w zielonej trawie o wschodzie słońca.

PolankaStories to obsess over. Discover now