Prolog

21 2 1
                                        


Litościwy bądź

dla płonących w piekle serc

Jeśli wola Twa

To ulecz je

( Leonard Cohen, „ Jeśli wola Twa")

- Cisza! - krzyczę, unosząc się lekko z tronu, który w dość marnym stanie przetrwał po przygodzie z Rachel - Nostradamusie, nigdy nie było i nie będzie żadnej miłości w Piekle, a już na pewno nie za mojego panowania! - nie potrafię opanować gniewu.

Próbuję myśleć, czaję się, opracowuję plany, a jakiś cholerny wieszcz zawraca mi głowę swoimi, nic nie wartymi, proroctwami.

- Jak sobie chcesz, królu - słyszę ironię w jego głosie. Z jego ust wręcz ścieka jad.

- Nie marnujmy swojego czasu ani nerwów. Po prostu stąd wyjdź i nie wracaj albo przyswój sobie, że beze mnie jesteś nikim - kończę trwającą od dłuższego czasu kłótnię.

Nostradamus wychodzi, a ja opadam z powrotem na siedzenie. Z głowy wymazuję kilka strategii, które przewidywały udział okultysty.

- Jesteś głupi, co ty w ogóle ze sobą robisz, przecież oboje wiemy, jaka jest prawda - odzywa się nieoczekiwanie brunetka stojąca naprzeciwko mojego miejsca, wytrącając moje myśli z rytmu.

Nie znam jej i nie rozumiem, jak śmie odzywać się w ten sposób do swojego pana, ani co ją obchodzą moje sprawy. Podchodzę do niej na tyle blisko, by zaczęła się stresować. Oni zawsze się stresują, nieprzyzwyczajeni do obcowania z moją potęgą. Zastanawiam się, co powiedzieć, ale okazuje się, że wcale nie muszę się odzywać, dziewczyna szybko milknie, z twarzy znika jej pogardliwy uśmieszek, schyla głowę i odchodzi na bezpieczną odległość.

- Jednak nie jesteś taka twarda - prycham pogardliwie.

Rozglądam się po pozostałych zebranych w tej sali. Wszyscy, którzy w przeszłości byli ludźmi, potrafią być okrutnie nieznośni. Większości musiałem rozkazać opuścić Piekło. Nie ufałem im, nie podobali mi się, irytowali mnie. Zatrzymuję wzrok na chłopaku przy ścianie. Jest zalany w trupa. Znam jego przeszłość, znam przeszłość każdego, w Piekle i poza nim. Ten facet za życia był prawdziwym dupkiem. Takich jak on darzę swego rodzaju sympatią. Może to za mocne słowo, ale przynajmniej nie przeszkadzają mi myśleć, zbyt rozbici swoimi porażkami, przytłoczeni ciężarem krzywd, które wyrządzali i samotności, która była ich efektem. Zaczynam poszukiwać sposobów na wykorzystanie faceta spod ściany w moich planach.

Mam już coraz mniej pomysłów, mniej sprzymierzeńców, powoli dostrzegam swój obłęd, ale nie mogę się zatrzymać. Nie mogę tego zatrzymać. Robię ruch ręką i moim oczom ukazuje się Rachel.

Czy ona się uśmiecha? Na ten widok boli mnie serce. Dziwi mnie to wszystko, jestem prawowitym królem Otchłani, nigdy nie byłem człowiekiem, nie wierzę nawet w miłość, jest niepraktyczna oraz kłopotliwa, emocje poznałem dopiero jako diabeł, ale jednak ta czarnowłosa nastolatka stała się moją słabością. Prześladuje mnie w snach, budzi pokłady mojej mocy. Ciężko mi powiedzieć, co dokładnie do niej czuję, może nie jest to tak głębokie, jak mi się wydaję, może ta ograniczona forma, w której byłem przez lata, mnie osłabiła, niestety coraz rozpaczliwiej pragnę sprowadzić ją do siebie. Z nią miałem większą siłę, więcej pewności, była tym, czego potrzebowałem, teraz nie wiem, dokąd to wszystko zmierza. Nie mam się za kim ukryć. Spoglądam podejrzliwie na resztę postaci w sali, nikt nie wydaje się domyślać, co mi chodzi po głowie. Dobrze, nie mogą myśleć, że jestem słaby i zdolny do uczuć, przestaną się bać, a tego bym nie chciał. Nikt nie może wiedzieć, że da się mnie zranić. Przenoszę wzrok na, ciągle widoczną, twarz Rachel. Przybieram na powrót wygląd przystojnego, ciemnego nastolatka. Nerwowo poruszam palcami w glanach, nie lubię być taki niski, a ludzka forma mnie brzydzi, ale tego wymaga kolejny krok, który podejmę. Mam plan.

***

Kenji zniszczył Piekło, rozwalał, zabijał, demolował, nikt nie podejrzewał, że ma taką moc. Kiedy byłe królestwo Lucyfera spowił mrok, a mocna czerwień zmieniła się w ciemne szarości, nowy „władca" wygnał wszystkich, zabronił nam wstępu, a jego argumenty są nie do podważenia. Kto ma moc, ten ma władzę, nawet jeśli jej nie chce. Kenji ma podobno jakąś wizję. Z tego, co słyszałam, zrówna z ziemią wszystkie, znane nam wymiary, nastanie nowa era, a my, duchy, które utraciły status diabłów, będziemy się błąkać przez wieki, niczym dzieci we mgle. Przynajmniej mogę pocieszać się myślą, że kogoś uratowałam od tak strasznego losu, to podtrzymuje mnie na duchu. Wiem, że byłam straszną suką, nigdy nie należałam do najgrzeczniejszych, jednak śmiem twierdzić, że coś z anioła w sobie mam. Rozsiewanie negatywnych emocji, uśmiercanie losowo wybranych ludzi, to wszystko sprawiało mi radość tylko do czasu, później zaczęłam odnajdywać szczęście w pomaganiu.

Kiedy patrzę na swoje szarobure ręce, które przypominają cień, czuję każde pojedyncze cięcie, które doprowadziło mnie do śmierci, chcę wrócić do Nieba, przynajmniej spróbować. Niestety, nie jest to możliwe, wszystkie połączenia Niebo-Ziemia zostały przerwane. Ani Bóg, ani żaden z Aniołów, nie może nic zrobić, a duchy, które za długo przebywają na Ziemi, dziczeją. Natomiast sprzymierzeńcy Kenji'ego to zdesperowane, nie zawsze pozytywne dusze bez ciał, błąkające się po świecie, polujące na wszystko, co się rusza, by zaspokoić swoje pragnienie zemsty, więc znikąd nie można oczekiwać ratunku. W krótce pewnie i ja zdziczeję, poddam się złym, upadnę jeszcze niżej, zostanę poddana większym cierpieniom.

Mroczny przywódca rebelii gdzieś się przyczaił i zdaje się mieć panowanie nad wszystkim. Z niepokojem czekam na jego kolejny ruch. Boję się, co ten psychopata może jeszcze wymyślić. Gdybym miała jakikolwiek dostęp do Nieba, jedynych sprzymierzeńców, czułabym się spokojniej. "Proszę, Boże, proszę, Michael, wszyscy aniołowie! Zlitujcie się nade mną, nawróconą!" Powtarzam w umyśle co jakiś czas, niczym modlitwę, to błaganie.

Snuję się niczym zjawa, którą jestem, po parkach, ulicach i lasach. Nie mają barw, mój mózg ich nie przetwarza, tylko szarość, biel, czasami domieszki czerni. Tak ma wyglądać wieczność? Nie, przecież póki Kenji jest w pełni sił, nikt nie może być pewien wieczności.

Wchodzę do rzadkiego, w dużej mierze sztucznie zadrzewianego lasu. Chciałabym, żeby zieleń wróciła, chociaż nigdy nie byłam jej wielką fanką. Za chwilę liście pożółkną, nadejdzie złota jesień, a dla mnie będzie istniała tylko szarość.

Przechodzi mnie dreszcz, jednocześnie krzyczę i odskakuję, kiedy piorun uderza w drzewo przede mną. Roślina płonie, lecz szybko gaśnie, nie pozostaje nawet dym. Słyszę głos, nie należy on do Boga ani Michaela, nie jest to też zwodniczo delikatny ton Kenji'ego. Należy on do kogoś dużo potężniejszego, pierwotnego. Postać nie ukazuje mi się, ale przemawia.

- Nie jestem zobowiązany pomagać wam w bezsensownej wojnie prowadzonej przez kilku wariatów, jestem na to za stary, ta część wszechświata od dawna nie należy już ani do mnie, ani do moich synów. Jedno mnie tylko rozsierdza, użyłaś Błogosławionego Ostrza, Samantho. Błogosławionego Ostrza - podkreśla - i to na kogoś tak marnego, niepotrzebnego, jak Rachel Winkler. Wiesz, że będzie musiała zapłacić za jego użycie? Będziesz moim posłańcem, przekaż kochanicy tego durnego bożka, że próby już czekają, a jej życie jest ulotne, a także wyjątkowo niestabilne. Przypomnij jej o tym - kończy. Cisza niemal przewierca mi czaszkę.

- Może jakieś szczegóły? - odzywam się najgrzeczniej jak potrafię.

- Wszystko w swoim czasie, Samantho - to ostatnie słowa, jakie słyszę.

Nieświadomie wykonuję ukłon. Mam pustkę w umyśle. Wiem tylko jedno, muszę odnaleźć Rachel, a miałam nadzieję już jej nie oglądać.

Duchy we MgleWhere stories live. Discover now