Od jakiegoś czasu poranne wstawanie sprawia mi problem. Mam ochotę przestać biegać, ale wiem, że w niczym mi to nie pomoże i tylko będę żałował utraty kondycji. Zresztą – znowu wrócę do depresji, jak po śmierci matki. Co za tym idzie – zawiodę trenera, rodzinę, drużynę, i, co najgorsze – psa!
Wstaję więc za pierwszym budzikiem, jak zawsze, decydując, że jutro pójdę wcześniej spać. Chyba nie muszę wspominać, że ta obietnica jest codzienną rutyną.
Przeciągam się, wdychając odór stęchlizny. Ohyda.
Zakładając ubrania, przyglądam się sobie w lusterku. Oglądam z uwagą każdy muskuł, uśmiechając się do siebie. Jestem bezdyskusyjnie najprzystojniejszym chłopakiem w liceum. Jestem królem szkoły. Jestem bogiem.
Drgam, zaskoczony, kiedy Fumi opiera się o moją nogę ze smyczą w pysku. Zwykle pobudka zajmuje mu trochę dłużej niż mi, ale dzisiaj wykazał, że nie jest bardziej śmierdzącym leniem ode mnie. Kręci się wokoło, merdając ogonem. Wygląda na zadowolonego z siebie.
- Jestem pełen podziwu – śmieję się, klękając.
Zapinam czerwoną, skórzaną obrożę przy szyi mojego psa.
Nienawidzę tego, że jego włosy zawsze muszą mi przeszkadzać. Wiele razy niechcący przycinam przy tym jego mięciutkie futerko. Dzisiaj jednak udaje mi się to bez uszczerbku na zdrowiu przyjaciela.
Biorę czarną smycz i ścigając się z czworonogiem, wybiegam na dwór. Mijamy ciała bezdomnych, krew, mocz i inne nieprawidłowości, pokazujące nam, że - chcąc nie chcąc - jesteśmy w jednej z najbiedniejszych dzielnic Buenos Aires. Nie wiem jak pies, ale ja staram się jak najdłużej nie oddychać, nie chcąc czuć zapachu rozkładających się ciał i odchodów porozwalanych po całej ulicy. Za każdym razem błagalnym szeptem modlę się o to, bym w coś nie wdepnął jak w ciało skatowanej dziewczynki w zeszłym roku.
Wciąż mam w głowie jej przedśmiertny jęk, kiedy kopnąłem ją w złości w czaszkę. Dziwka nie powinna leżeć na mojej drodze.
Powinna odsunąć się, kiedy przechodzę.
Slumsy to miejska dżungla, gdzie wciąż obowiązuje kara śmierci, a w nocy szaleją gangi. Zresztą – sam do takiego gangu należę. Jednego z tych, które wygrywają wszystkie wojny. Jestem alfą.
Jestem zajebistą alfą, jestem seksownym skurwysynem, który zabija bez mrugnięcia oka.
Kiedy wreszcie mijam linię oddzielającą las od tego niebezpiecznego miejsca, wzdycham. Wreszcie czuję w miarę rześkie powietrze, które rozpala moje płuca. Przebywając kilka godzin w starej, zadymionej lepiance, mam ochotę przestać oddychać. Wychodzenie na dwór nie daje nic poza okrutnym widokiem świata slumsów. Widokiem, któremu hołduję, ale którego zarazem się brzydzę.
Spędziłem tu całe życie, zanim ojciec chrzestny wreszcie się mną zainteresował i zaproponował, że mnie przygarnie. Jednakże, to tu jest moja mała ojczyzna. To tu wracam, kiedy mam trochę wolnego. U ojca odrabiam jedynie lekcje, czasami sypiam, ale wolę przebywać w tych śmierdzących uliczkach niż w bogatym osiedlu, do którego zupełnie nie należę.
Puszczam głośno muzykę na słuchawkach. Nie chcę myśleć. Nie chcę rozważać śmierci matki po raz enty. To już nie ma znaczenia. To było, nie wróci. Zginęła za mnie. Dla mnie. Oddała za mnie życie, a teraz ja muszę pokazać, na co mnie stać.
Jestem królem liceum.
Jestem bogiem.
Jestem zajebisty.
Jestem niezniszczalny.
Jestem alfą.
Jestem królem.
Jestem królem, a nie maltretowanym dzieckiem z depresją i lekką nadwagą, bez umiejętności logicznego myślenia.
- Fumi. - Moje usta układają się w nienawistny, ale zadowolony uśmiech, kiedy rozkoszuję się imieniem mojego pupila. Po chwili głos mi jednak mięknie, a ja cichnę. - Kocham cię, Fumi – dyszę, zatrzymując się na środku lasu, by pogłaskać swojego podopiecznego.
YOU ARE READING
Martwe Szczęście
ActionOpowieść o pasji. O ryzyku. O miłości. O bólu, jaką może przeżyć każdy z nas. O tym, jakim trzeba być. O tym, do czego zmusza życie. O tym, dlaczego szczęście nie oddycha...
