Never click suspicious links
Reminder: Wattpad will never ask for passwords, payment information, or other sensitive account security details.

Rozdział pierwszy. Papier.

123 14 4
                                        

Przekręciłem się na drugi bok, czyniąc to z błogiej nieświadomości jaką oferuje mi sen. Podciągnąłem wyżej puchatą pościel, by ogrzała mnie po samą szyję. Głuchy odgłos gwałtownie nabieranego powietrza otrzeźwił mój mózg nieco, ale nie na tyle, by zmusił ciało do poruszenia się.

To pewnie Mary, której jak zwykle zabrałem przydział kołdry. Wyciągnąłem niezauważalnie dłoń w stronę żony, kciukiem starając się odnaleźć jej drobne ciałko. Palce powitały chłodny, gładki, lekko pofałdowany materiał. Gdzie ona? Po omacku wybadałem kolejne centymetry materaca, dalej zbyt otępiały, by otworzyć oczy.

Dosłyszałem coraz głębsze i bardziej wyraźne dźwięki. Coś jakby... duszenie się. Gwałtownie rozwarłem powieki, kompletnie trzeźwy i podnosząc tułów do pozycji siedzącej, rozejrzałem się po pokoju. Pomieszczenie zalał wszechogarniający mrok, rozpraszany jedynie nieśmiałą, lekką poświatą latarni. Mary siedziała w skulonej pozycji na krańcu łóżka, obrócona tyłem do mnie. Zmrużyłem oczy, zaniepokojony.

- Skarbie, wszystko w porządku? - zagadnąłem, siląc się na beztroski ton.

Nie chciałem jej denerwować, szczególnie, gdy lekarz wyjaśnił mi, żeby się o nią zatroszczyć bardziej niż zawsze dotąd. Nie odpowiedziała.

- Czy coś cię boli? - Odgarnąłem pozostałą pościel na bok i zsunąłem się na krawędź, tak, by być jak najbliżej.

Kiedy tylko pokonałem tę odległość, widziałem, że coś jest nie tak. Mary miała siną twarz, z ust wydobywały się nieme wyrazy, a smukłe palce zacisnęła na spływającym prześcieradle. Nie mogła oddychać.

- O Boże, o Boże - powtarzałem jak w amoku, nie wiedząc co zrobić.

Serce waliło mi jak młotem. Nie mogę jej stracić. Nie mogę ich stracić. Błyskawicznie rzuciłem się do swojej komórki, która jakgdyby nic, leżała spokojnie na parapecie. Drżącymi rękoma wybrałem numer ratunkowy. Pierwszy sygnał, drugi sygnał. Za długo to trwa. Zfrustrowany, kilka razy przeczesałem dłonią włosy. Łzy napływały mi do oczu. Nie mogę ich stracić.

- Pogotowie, słucham? - z słuchawki dobiegł do mnie przyspieszony, ale nadal mało naglący, kobiecy głos.

- Moja żona...dusi się - wysapałem. Ledwo co mogłem usiedzieć, całe ciało mi drżało. - Jest w siódmym miesiącu ciąży.

- Proszę podać nam swój adres i nie odkładać telefonu.

Mózg mnie palił. Oczy piekły. Jaki jest adres? Nie, nie, nie Boże, ona nie może umrzeć. W głowie zaczęło mi się kręcić. Skup się. Skup się.

- Proszę pana? - zapytała ratowniczka, otrzeźwiając mnie, że z automatu oczyściłem umysł.

Podałem jej nazwę ulicy. Powiedziała, że karetka już jedzie. Zacisnąłem powieki, czułem wilgoć na swojej koszulce, nie mogłem się opanować. Mary, nie zostawiaj mnie, chciałem powiedzieć. Zamiast tego jeszcze bardziej dygotałem.

- Czy żona ma na coś alergię? - zagadnęła.

Nacisnąłem czerwoną słuchawkę. Mary, moja kochana, słodka Mary. Osunęła się powoli i zgrabnie na łóżko. Była już bardziej spokojna. Leżała wygodnie i możnaby pomyśleć, że śpi. Pogłaskałem ją po włosach. Położyłem się obok i przykryłem nas kołdrą. Telefon odłożyłem tam gdzie był wcześniej.

Kobiecy głos już dawno przestał odbijać się od ścian. Teraz jestem ja i Mary. Wpatrywałem się w zaciemnioną ścianę przede mną. Światła z zewnątrz, wpadały przez szybę. Jasne światełka zamieniły się w niebieskie, a potem w czerwone. Ładnie połyskiwały. Do tego lekko irytujące, pikające dźwięki. Można, by zrobić z tego piosenkę. Całkiem chwytliwą.

Obejrzałem się w bok. Mary drzemała w najlepsze, nawet nie unosiła jej się klatka piersiowa. Moja kruszynka. Jakiś mężczyzna w czerwonej kurtce wszedł do naszej sypialni. Coś mówił, ale nie mogłem go zrozumieć. Potem wszedł kolejny i jakaś kobieta. Przekręciłem się.

Facet z walizeczką dał Mary na twarz przezroczystą maseczkę, a drugi wstrzyknął jej coś w szyję. Wyglądała komicznie. Moja wariatka. Kiedy kumple wynieśli Mary na noszach, podeszła do mnie tamta babka.

- Zapraszam do karetki.

Kiedy dalej ani zamierzałem wstać, pociągnęła mnie na równe nogi.

- Czy dobrze się pan czuje? - zapytała zaniepokojona.

Nie. Nic nie było dobrze.

Witam Was w nowym opowiadaniu, takiego jeszcze nie było! O to na początek próbka. Proszę o komentarze i gwiazdki, bym wiedziała, czy przypadnie Wam do gustu.

SztukaStories to obsess over. Discover now