Prolog

572 27 19
                                        

— Nie możesz tak po prostu patrzeć, jak twoja matka posyła ludzi na śmierć! — Lancelot próbował powstrzymać się od wrzasku, jednak przychodziło mu to z ogromnym trudem. Zazwyczaj utrzymywanie emocji na wodzy nie sprawiało mu problemów, lecz teraz nie potrafił ukryć kotłującego się w nim wzburzenia. — To się robi coraz niebezpieczniejsze, Armel, Okrągły Stół zieje pustkami, a wygląda na to, że królowa nie da za wygraną, ona rzuciła wyzwanie potędze, z którą nie może się równać, musisz powstrzymać to szaleństwo!

— Daj mi spokój — odpowiedziała dziewczyna, zarzucając nogi na pokryte papierami biurko. Mierzyła rycerza pełnym pogardy spojrzeniem. — Tłumaczyłam ci dziesiątki razy, że powinieneś się pogodzić z jej decyzjami, to miasto i tak zmierza ku zagładzie, więc nawet jeśli teraz zginie kilkuset ludzi, to co? Avalon i tak prędzej czy później upadnie. To jest nieuniknione, Lancelocie.

Lekceważący ton i postawa księżniczki zawsze działały na niego jak płachta na byka. Następczyni tronu dostrzegła, jak poczerwieniał aż po czubki uszu, uśmiechnęła się pod nosem na ten widok. Nic nie robiła sobie z zachowania narzeczonego. Nigdy nie umiała znaleźć z nim wspólnego języka, raz czy dwa próbowali dość do porozumienia, ale potem dostrzegli, że każde takie działanie kończyło się fiaskiem. Armel nigdy nie darzyła go sympatią, po prostu nauczyła się tolerować jego obecność. Był dla niej tylko nadprogramowym dodatkiem do wystroju wnętrz. Postawną figurą z idealnie ułożonymi włosami i wyrzeźbioną twarzą, na której próżno szukać choćby namiastki uśmiechu. Chciałaby jednym machnięciem ręki strząsnąć go z pola widzenia, jednak on niczym wytrwała i wredna mucha wciąż krążył wokół niej.

— To twój naród, będziesz nim w przyszłości rządzić... Zrozum to, masz o niego dbać.

— Uwierz mi, że ja właśnie o niego dbam — powiedziała, uśmiechając się ze sztuczną dobrodusznością. — Myślę, że o wiele lepiej będzie, jeśli ci ludzie przestaną w końcu uciekać, Merlin poddawany ciągłym renowacjom wkrótce wyzionie ducha, wraz z jego upadkiem świat nas wreszcie pochłonie i...

— Dlatego wszyscy szukają jakiegoś rozwiązania, by temu zapobiec! — przerwał jej, na Armel nie zrobiło to żadnego wrażenia, ironicznie podniosła brwi zarysowane w ładne łuki.

— Jeśli zamierzasz na mnie krzyczeć i przerywać, to wkrótce stracę cierpliwość, wezwę straż, każę cię stąd wyprowadzić i zakazać wstępu do Pałacu Jabłoni — odparła beznamiętnym tonem, przez kilka uderzeń serca piorunowali się spojrzeniami, aż w końcu Sir Lancelot skapitulował pod naporem niebieskich oczu księżniczki.

Wstała zadowolona, milczała, sprawiając, że w ciszy jeszcze bardziej dało się wyczuć panujące między nimi napięcie. Odwróciła się do niego plecami, wyjrzała przez okno na znienawidzone i zarazem ukochane miasto. Ludzie ochoczo wychodzili na marmurowe ulice. Wszystko zdawało się księżniczce sztuczne — metropolia i mieszkańcy. Na ustach jej poddanych niemal zawsze gościły serdeczne uśmiechy, nikt nikogo nie okradał, nie zabijał, harmonia docierała do każdego zaułka. Jednak ona w każdej rozmowie czuła, że to tylko na pokaz, że nikt nie wierzył w prawdziwą dobroć, że wraz z niemal zupełnym upadkiem miejskiej roślinności ludzie stracili cząstki dusz na rzecz nienaturalności. Byli jak wyryte na jedną modłę posągi... Westchnęła przeciągliwie. Oni zasługiwali na sporządzony dla nich przed wiekami los.

— Posłuchaj mnie uważnie, Lance, to co się dzieje na Ziemi, to wina Camelończyków, to wina naszych przodków, a przede wszystkim moich, to wszystko dzieło Pendragonów... — Odwróciła się do niego ze zbolałym grymasem. — Władza za bardzo uderzyła im do głów, pragnęli jej i poświęcili, by ją zdobyć dziesiątki tysięcy istnień, sprawili, że natura obróciła się przeciw ludziom, dzięki nim teraz żyjemy w tym złotym więzieniu, które raz po raz nas podgryza, aż w końcu zupełnie pożre.

— Nie jesteś za to odpowiedzialna — powiedział spokojnie, obserwując jej ponowne podejście do okna i wyjrzenie przez nie.

Zwiewna suknia delikatnie falowała przy każdym ruchu księżniczki. Rzadko widział Armel w takim wydaniu, zazwyczaj preferowała spodnie i wciśnięte w nie koszule, chociaż musiał przyznać, że podobała mu się taki wizerunek następczyni tronu. Jego narzeczonej. Na samą myśl skrzywił się nieznacznie, przerażała go ta wizja, ale już dawno się z nią pogodził, chociaż nie umiał wyobrazić sobie przyszłości u boku Pendragonki...

— Wszyscy jesteśmy za to odpowiedzialni, klątwa przodków nas wreszcie dosięga, nie możemy walczyć z nieuniknionym.

Ze zrezygnowaniem pokręcił głową, nigdy nie pojmował jej toku rozumowania... Był o dziesięć lat starszy od Armel, pierwszym co przychodziło mu na myśl, rozważając o narzeczonej, to jej upór, zawsze musiała postawić na swoim. Kiedyś uważał, że to dość zabawna cecha, lecz teraz bał się, naprawdę się bał, że przyszła królowa wkrótce sprowadzi zgubę na jego ukochane miasto... Na jego ludzi, a on będzie mógł tylko przyglądać się jak wariactwo coraz bardziej ją opętuje. Tak, Lancelot uważał, że wszystko co podczas tej rozmowy opuściło usta księżniczki, było szalone.

— W imię czego chcesz poświęcać Avalon, pani? — sarknął.

— Skruchy — odparła niemal od razu, usiadła w fotelu, położyła ręce na oparciach. Podniosła wzrok na rycerza, który niestrudzenie stał przed nią i oczekiwał kolejnych słów, westchnęła. — Musimy wreszcie zrozumieć, że dawno przestaliśmy być panami świata. Staliśmy się jego więźniami, Lancelocie, żyjemy w cieniu monumentalnych dzieł najpyszniejszych architektów, chodzimy po marmurowych posadzkach, ale co z tego? Otacza nas beton. Chroni niemal niedostrzegalna kopuła. To przez nas wyginęła niemal cała fauna i flora, a za murami Avalonu czekają monstra, z którymi nie mamy cienia szansy wygrać! Pupile naszych przodków, stworzone do tego, by siać spustoszenie w szeregach wrogów, teraz, gdy już ich nie mają, znalazły sobie inny cel, nas. — Palcem wskazującym zatoczyła mały okrąg w powietrzu. — Mój naiwny Lancelocie, w co ty wierzysz... Ten świat już dawno został skazany na porażkę, sami sobie ukręciliśmy sznur, teraz musimy na nim zawisnąć.

— Więc nie zamierzasz wpłynąć na matkę i pozwolisz jej szukać kolejnych ochotników?

— Nie muszą się przecież zgłaszać.

— Och, dobrze wiesz, na czym to polega! Królowa nie prosi, ona żąda...

— Znowu mi przerywasz, Lance, bardzo tego nie lubię — rzekła posępnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, który sprawił, że mężczyzna przez ułamek sekundy myślał, że nie rozmawiał z księżniczką, ale z jej matką.

„Och, niedaleko pada jabłko od jabłoni..."

— Przepraszam. — Teatralnie się ukłonił.

— Jeśli to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć, to możesz się oddalić...

— Armel, nie omówiliśmy nawet problemu!

— Nie mam o czym z tobą rozmawiać, mamy zupełnie odmienny punkt widzenia na tę sprawę, ty mówisz, żeby ratować ten świat za wszelką cenę, ja, że możemy go poświecić...

— Czy ty słyszysz samą siebie? Właśnie podpisałaś wyrok śmierci na swoich ludzi.

— Oni nie należą do mnie...

— Więc przestań decydować czy mają umrzeć, czy żyć!

Okręcił się na pięcie i pospiesznym krokiem opuścił gabinet Armel, pozostawiając ją zupełnie zbitą z pantałyku. Nigdy nie widziała tak wzburzonego Lancelota. Przy wszelkiej okazji starała się nacisnąć mu na każdy możliwy odcisk i doprowadzić do szału, jednak niemal zawsze jej słowa spływały po nim jak po kaczce. Teraz było inaczej. Złość nim zawładnęła. Sprawiła, że opanowanie go opuściło. Stał się... ludzki. Tak, Armel pierwszy raz zobaczyła w narzeczonym, nie marmurowy posąg, ale człowieka z krwi i kości, który posiadał uczucia i, o dziwo, którego można było zranić.

Uśmiechnęła się pod nosem, na wspomnienie jego napiętych mięśni twarzy, gdy próbował z całych sił nie wybuchnąć, jednak w końcu spektakularnie eksplodował.

— Biedny Lance...

AvalonWhere stories live. Discover now