7:30: Obudziłam się, o dziwo spokojnie - mimo, że budzik zaspał. Powinnam była go już dawno wymienić. Był on, jak mój partner Kath, robił, co chciał i kiedy chciał. Czasami działał, jakbym tego chciała, a czasami nie. Zamaszystym ruchem nogi wykopałam przeznaczoną na zimę pierzynę (którą swoją drogą również powinnam była wymienić jeszcze miesiąc temu, gdy kwiaty zaczynąjąc wypuszczać swoje pąki - oznajmiały światu, że to wiosna.)- poleciała jakieś trzy metry dalej, uderzając o najbliższą ścianę, o mało nie zwalając z niej paru plakatów. Czasami zapominałam, że moje "supermoce" nie ograniczają się tylko do obcisłego kostiumu. Co prawda, gdy nie miałam go na sobie, moja moc spadała o 60 %, jednak te pozostałe 40% stanowiły niemal mieszankę wybuchową i nawet nad nimi nie potrafiłam do końca zapanować. Poza tym, nie tylko ja odczuwałam dyskomfort z tego powodu: W ciągu pół roku zbiłam już chyba połowe szklanych, porcelanowych, bądź innych kruchych elementów w domu.
Moi rodzice byli:
a) Albo zbyt zabiegani aby to zauważyć ( W końcu prowadzenie kilku piekarni w mieście oraz osobisty nadzór nad ich sprzedażą i produkcją, a często i nawet osobisty udział w niej, zabierał trochę czasu.)
b) Albo zbyt zaślepieni miłością do mnie.
Jednak jak mawiała Alya "No cóż, nic na tym nie tracę".
Podnosząc się z łóżka, kątem oka dostrzegłam jakiś podejrzany błysk zza okna dachowego w moim pokoju. Automatycznie przesunęłam krzesło pod okno i stojąc na nim, wyjrzałam na zewnątrz.
Nic nadzwyczajnego.
Te same chmurne niebo, z deliatnymi przebłyskami światła, co zwykle - tu w Ertysie. Westchnęłam z ulgą.
Może przynajmniej dzisiaj nie spóźnię się do szkoły. Może przynajmniej raz przyjdę przed Adrienem (choć on też często się spóźniał, z tego co mówiła Alya) i może... Chociaż przez 3 sekundy będę mogła zatracić się w jego błękitnym spojrzeniu. Może...
Wrzasnęłam niczym oblana wrzątkiem, z hukiem uderzając o podłogę. Po raz pierwszy ucieszyłam się z kiczowatego dywaniku, który dostałam kiedyś na urodziny od cioci, na którym wylądowałam. Ktoś przed chwilą odsunął mi spod nóg krzesło. Nie musiałam długo szukać winnego. Tuż przedemną stał, a właściwie przeskakiwał z nogi na nogę jakiś o połowę ode mnie niższy stworek w zielonej masce, ślepiąc mnie po oczach odbitymi przez złotą monetę, którą obracał w ręku promieniami dość słabego światła słonecznego. Tam musiała kryć się akuma. Spojrzałam na zegar, wiszący nad drzwiami: 8:00
Cóś zbyt długo zajęło mi rozmyślanie o Adrienie...
Gwałtownym ruchem wyciągnęłam rękę, a po chwilę w dłoni pojawiło się Jo-jo. Natychmiast dokonałam transformacji, zamieniając moją wygodną piżamkę na obcisłe czerwone wdzianko. Wtedy mój puls przyśpieszył, a wzrok znacznie się wyostrzył. Wcześniej nie zdążyłam włożyć okularów, więc różnicę odczułam znacznie bardziej niż zwykle. Kolejnym ruchem ręki, wytyczając palcem trasę, wprawiłam w ruch kluczyk, który będąc już w zamku w drzwiach - przekręcił się, blokując wejście do środka komukolwiek z mojej rodziny. - Na wszelki wypadek.
Teraz mogłam dostrzec, że stworek, jak ja nacodzień nosi okulary oraz, przeciwnie do mnie - czapkę krasnala. Ruchem palca zmusiłam plastikową agrafkę, by skierowała się w stronę grubych szkieł skrzata. Wybiła oba nie kalecząc przy tym przeciwnika. Ten nawet nie próbował się bronić - nie stanowił dla mnie najmniejszego zagrożenia. Widocznie byłam jego pierwszą ofiarą. Podeszłam do stworka, który kręcił się nerwowo, zdezorientowany, prawdopodobnie nie widząc nic poza rozmazaną plamą, odebrałam mu delikatnie monetę i szybkim ruchem Jo-jo rozbiłam ją. Akuma natychmiast wyleciała z przedmiotu. Była jednak na tyle szybka, a nawet powiedziałąbym, że zdesperowana, że nie zdążyłam jej złapać. Ruszyłam za nią, wyskakując na dach przez okno dachowe, jednak pościg przerwał mi płacz dziecka. Natychmiast się zatrzymałam i wróciłam do swojego pokoju, skąd dobiegał ten odgłos. Na rogu dywanika ujrzałam paroletniego chłopczyka z zakurzoną latarką w ręku. Dotknęłam jej delikatnie, a wczuwając się w jej lekkie wibracje - poznałam całą historię. Biedne dziecko.
8:30 - oznajmił budzik. Przypomniało mu się wreszcie, że ma robotę do wykonania...
Cholera! Zostało pół godziny do pierwszej lekcji, a ja niedość, że niegotowa, to jeszcze z dzieckiem na dywanie.
Brakuje jeszcze tylko kolejnego.
Maluchowi zeszkliły się oczy. Przerażona przykucnęłam przy nim i posłałam mu najszerszy uśmiech, na jaki było mnie stać.
- No już.. już. Nie płacz... słońce?- Kompletnie nie nadaję się do niańczenia dzieci. - Mam dla ciebie tylee zabawek. No, całą górę.
Płacz ustał, a mogłabym przysiąc, że nawet ujrzałam cień uśmiechu na twarzy chłopczyka.
- Trzeba było od razu jechać z konkretami - wymamrotałam do siebie, śmiejąc się pod nosem.
"Do facetów trzeba bezpośrednio" mawiała moja mama, o ile o tym małym można było w ten sposób mówić.
Wtem usłyszałam szarpnięcie klamki w drzwiach.
- Marinette? Kochanie? - usłyszałam ciepły głos mamy.
Kolejne szarpnięcie.
- Marinette!
Tak bardzo obawiałam się tego momentu. Gdy wszystkie okoliczności i zrządzenia losu zbiorą się w jednym dniu i obrócą przeciw mnie...
- Przecież wiem, że nie śpisz. Słyszałam, jak zleciałaś z łóżka. - Zniżyła głos, w którym pojawiła się nuta śmiechu. - Na początku z ojcem myśleliśmy, że to kolejny w tym tygodniu wstrząs. Na szczęście to ty po prostu przybrałaś parę kilo.
Oh, jakbym ja chciała spaść z łóżka. Wtedy przynajmniej tyłek nie nawalałby mi tak, jak teraz.
Próbowałam sprawić, żeby strój zniknął, jak zwykle, jednak moje komendy nic nie dawały. Strając się chodzić jak najciszej z kąta w kąt, podczas nerwowego tiku - rozmyślałam nad rozmaitymi możliwościami wytłumaczeniu się rodzicom, dlaczego mam na sobie ten strój.
Nie za bardzo świadoma tego, co robię, wsadziłam pośpiesznie dziecko do szafy, upewniając się, ze ma wystarczający zasób tlenu tam.
Wiem, byłabym kiepskim rodzicem.
I gnając czym prędzej w stronę drzmi, mało się nie przewróciłam. Jednak otwierając drzwi, zamiast mamy ujrzałam za nimi Catha, zwanego również Czarnym Kotem.
- Marinette! - Naśladował ton mojej mamy, przerywając w połowie gwałtownym wybuchem śmiechu. Walnęłam porządnego facepalma.
Wtedy przypomniałam sobie, że moi rodzicie już od 3 godzin powinni być w pracy.
YOU ARE READING
Miraculum: Adrien Cath & Marinette Biedre: PRAWDZIWA HISTORIA
FanfictionIronie żadzą życiem. Marinette podkochuje się w przystojnym Adrienie z jej klasy, on jednak zdaje się jej nie zauważać. Adrien nie czuje się sobą do czasu aż przywdzieje swój kostium Catha, ruszając w wir przygód z Biedre - jego wspołpracowniczką...
