Prolog

268 8 6
                                        

  Lindsey rozejrzała się wokół w poszukiwaniu skarpetek. Zawsze gubiła skarpetki, co było cechą bardzo niewygodną, jeśli chodziło o szybkie ubranie się i wyjście do pracy. Już nie mówiąc o mementach jak teraz, kiedy pakowała się na wyjazd i miała znikąd wytrzasnąć ze sto par. A mogłaby przysiąc, że wczoraj kupiła kilka...dziesiąt sztuk. I zniknęły. Magia.

  Kiedy schyliła się pod łóżko, by sprawdzić kolejne miejsce i z rozczarowaniem stwierdzić, że niczego oprócz kilku papierków od gumy i pogiętych kartek tam nie ma, jej brązowe włosy opadły jej na twarz. Naturalnie były białe, ale je farbowała. Nikt nie chciał przyjąć do pracy dziwaka, a ona musiała jakoś żyć. Jej marzeniem było pojechać na studia z medycyny, a na to musiała trochę pozbierać. Nie tylko włosy ukrywała- zużywała setki korektorów, by nikt nie zobaczył jej prawdziwego koloru skóry. Bo jej skóra od urodzenia była jasnoniebieska. Tak bardzo jasnoniebieska, że prawie biała, więc łatwo to było zatuszować. Do tego ubierała długie spodnie, bluzki z długimi rękawami, szaliki i eleganckie rękawice, więc zakrywała właściwie tylko twarz, co nie było takim wielkim problemem.

  I teraz to wszystko się zepsuło, przez jedno głupie wydarzenie. Przez jedną zerwaną z dłoni przez kierownika rękawiczkę. Przez nietolerancję ludzi.

  -Głupie skarpetki- mruknęła do siebie Lindsey Glass.

***

Greta szybkim truchtem przemierzała ulice Oslo przez zasieki deszczu. Parasolki, JAK ZWYKLE, nie było. Musiała kupić nową, od kiedy zniszczyła poprzednią, ale pamięć jak zwykle cały czas ją zawodziła i niestety Greta na tym cierpiała, biegnąc cała mokra przez miasto i kląc na czym świat stoi.

  W pośpiechu dopadła bramy swojego mieszkania i weszła do środka, otrzepując płaszcz z wody. Wygrzebując z kieszeni klucze wspięła się po schodach i po krótkiej walce z zamkiem wkroczyła do mieszkania.

  Odwiesiła zmoczoną kurtkę na wieszak i przechodząc przez kuchnię, z której zabrała gazetę, weszła do drobnego salonu. Usiadła w fotelu i, siorbiąc zimną herbatę, zabrała się za  czytanie krzykliwego artykułu pod tytułem " Niebieska dziewczyna w USA! Nienaturalna mutacja genów? Badania w toku".

  - Osobliwość?- zapytała samą siebie Greta. Jeśli tak rzeczywiście było, to dziewczyna była w niebezpieczeństwie.-  Dzwonimy po Imbrynę- zwróciła się do czarnego kota leżącego na kanapie.

  - Miau.

  - Jadę odwiedzić pętlę czasu, kochaniutki. Ale wrócę, nie martw się- cmoknęła zwierzaka w pyszczek.

  Zawartość kufra była skromna- kilka bluzek i spodni, krótkie rękawiczki i bielizna.  Kot musiał zostać w domu, pod opieką jednej z jej przyjaciółek. Tak będzie... Bezpieczniej.

  Zamknęła walizkę i, przytuliwszy kota, wyszła z pokoju. Płaszcz nadal był mokry, więc kiedy go założyła, przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Wsunęła na dłonie czerwone, lekkie rękawiczki, które gwarantowały jej, że pod żadnym pozorem nie ujawni swojej Osobliwości.

***

  Młoda dziewczyna siedziała na miękkim, starym, zużytym fotelu. Miała na sobie dwa kocyki, a mimo to dalej marzła.  W dłoniach trzymała lipową herbatę z miodem, wciąż zbyt gorącą, by ją wypić. Miała zamknięte oczy, więc postronnemu obserwatorowi mogłoby się wydawać, że spała. Ale ona zawsze miała zamknięte oczy. Ot tak. 

  Kiedy była mniejsza, miała otwarte. Ludzie patrzyli się na nią z przerażeniem, myśląc, że tego nie widzi. I rzeczywiście, jej zamglone oczy nic nie widziały. Ale ona tak. Widziała świat. Choć, jak powiedzieli jej rodzice i lekarze, było to niemożliwe. A jednak, nie wpadała na ściany, potrafiła zrobić sobie herbatę. I widziała również, że jej ręce robiły coś dziwnego, gdy nie były niczym zakryte. I spodziewała się, że inni też to widzą, więc je zakrywała. I tak była wystarczająco dziwna, inna. I tak ludzie jej nie lubili. A zwykłe, rowerowe rękawiczki wystarczały, by jej dłonie stawały się normalne, takie jak innych.  Ale wtedy również traciła na wzroku, więc nosiła je tylko w szkole. 

  Ale na przykład, kiedy jej mama odruchowo, myśląc, ze zwraca się do brata, mówiła "Weź czerwoną podkładkę", ona nie wiedziała która to - dla niej wszystkie były prawie takie same. Więc, widziała, czy nie? Nikt nie był w stanie na to odpowiedzieć.

  A dzisiaj dostała list. Był to bardzo dziwny list, napisany poskręcanym pismem. Musiała poprosić mamę, by go odczytała. Taty nie było. Zniknął wiele lat temu. A mama nie powiedziała, co się z nim stało, dlaczego wyjechał. A dzisiaj nie powiedziała również, co było w liście. Dlaczego wszystko cały czas przed nią ukrywała? Czy uważała, że ona, Ashley Woodlight, by tego nie zrozumiała? A przecież cały czas jej mówiła, że jest mądra. Więc dlaczego niczego nie powiedziała? Oprócz tego, że zaraz wyjeżdżają do Kanady.

  Piętnastoletnia Ashley nie chciała wyjeżdżać.

***

Gepard atakował.

Chwila, co? Coś nie tak.

Zacznę od nowa.

Tigris uderzała pięściami w worek treningowy. Pot lał się z niej strugami, ale pomimo tego czuła ogromną satysfakcję, kiedy materiał pękł i trociny wysypały się na podłogę, niczym w piniacie. Jej policzki i ramiona były upstrzone plamami. można by było pomyśleć, że to piegi. Ale to były cętki, a nie piegi.

Kocich uszu wystających z rudobrązowej czupryny nie można było pomylić z niczym innym.

  Sala treningowa była pusta. O tej porze, czyli po północy (bezsenność) nikogo tu nie było i miała święty spokój, co bardzo ją cieszyło. Trener nie byłby zachwycony trocinami rozsypanymi po całym pomieszczeniu.

  Dziewczyna wytarła twarz ręcznikiem i usiadła na podłodze, uspakajając oddech. Nagle zadzwonił jej telefon, nietani zresztą.

- Tigris, złotko... wyjeżdżasz.

- Jak to?- machnęła z frustracją kocim ogonem.

- Uznaliśmy z tatą, że będziesz tam bezpieczna. Poznasz nowych ludzi, zawrzesz przyjaźnie. Naprawdę, będziesz tam szczęśliwa. Cześć, kochana.

- Mamo? Czekaj!- Tigris o mało nie rzuciła telefonem o ziemię. Nie chciała nigdzie jechać, nie chciała zostawiać starych przyjaciół i... Jonatana. Chodzili ze sobą od prawie roku.

  Zrezygnowana zarzuciła torbę na ramię i odeszła w stronę drzwi. Do domu co prawda było bliżej przez dach, ale nie chciała znowu tępić pazurów na dachówkach.



Sibhonne:

Pomysł na napisanie ff z "Osobliwego domu pani Peregrine" pojawił się w naszych głowach tuż po wyjściu z kina. Film naprawdę ciekawy, polecam :)

Od razu po powrocie do domu usiadłyśmy przy biurku i zaczęłyśmy projektować, rysować, pisać. Niektóre pomysły zostały, inne szlag trafił. Oto ostateczna [chyba] wersja naszego Osobliwego światka :) Miłej lektury, mam nadzieję że następne rozdziały przypadną Wam do gustu.
[Co do opisów i akapitów...ona kłamie] [tak? A kto uznał, ze w dialogach nie ma akapitow?!] [Ty, geniuszu.]
Bywajcie!

fromMalfoyManor:

Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie niewiele osób dotąd oglądnęło "Osobliwy dom (...)". Może to opowiadanie Was zachęci, miejmy nadzieję, że nie na odwrót. 

Przyznaję, że widać, iż pisały to dwie osoby- obie z Sibhonne piszemy z zupełnie innym stylu (akapity, opisy, A RACZEJ ICH BRAK) [No co? Robię opisy, nie czepiaj się]. [Marne, jak widać powyżej].Oby wam to nie przeszkadzało.

Jeśli chodzi o postacie, każda z nas opisała część  przez siebie wymyślonej postaci i w ten sposób mi przypadł obowiązek napisania z perspektywy osoby prawie niewidomej, co, szczerze mówiąc, nie było takie łatwe. Możecie kiedyś spróbować. 

To chyba tyle. Rozdziały będą w miarę betowane, w miarę- bo przeze mnie. Cóż, zobaczymy, jak wyjdzie.

Pozdrawiam!

OsobliwiWhere stories live. Discover now