Dzisiejszej nocy zerwałam się z łóżka po raz drugi. Znów przyśnił mi się On. Mężczyzna - tak wywnioskowałam po jego głosie - miał około metr osiemdziesiąt wzrostu. Ubrany był w ciemny kombinezon, który podkreślał jego mięśnie. Na twarzy miał czarną kominiarkę, więc nie mogłam zapamiętać twarzy. Znałam tylko kolor jego oczu - były kompletnie szare, przypominały niebo podczas jesiennej burzy. Nie było w nich ani krzty poczucia winy, strachu czy współczucia. Była tylko jego determinacja, taka sama jak w jego głosie. Był lekko zachrypnięty i w moim śnie mówił to samo, co w rzeczywistości: ,,Znajdę cię". Tylko dwa słowa, a przerażają mnie aż po dwóch miesiącach. Zmuszały do ciągłej ostrożności i strachu.
Najgorsze jednak było to, że on nadal był na wolności. Policja stwierdziła, że Dereka zabiły wygłodniałe wilki z pobliskiego lasu. Ale ja wiem co tam, tak naprawdę, się wydarzyło.
Był lipiec, połowa wakacji minęła, a my za miesiąc mieliśmy wrócić do szarej rzeczywistości. Postanowiliśmy się zabawić, akurat Harriet Stemphore - przygłupia, blond włosa kapitanka cheerleaderek, która próbowała odbić mi Dereka - organizowała imprezę na plaży. Mieli przyjść wszyscy, więc dlaczego nie? Jakoś szczególnie za nią nie przepadałam. Nie szanowała się, należała do tych łatwych dziewczyny, które ,w krótkich spódniczkach, upijały się na każdej imprezie. Mimo to, razem z Derekiem, przyszliśmy na ognisko i bawiliśmy się naprawdę bardzo dobrze. Była może trzecia w nocy. Wszyscy imprezowicze albo poszli do domu, albo nieprzytomni spali na piasku. Ja byłam totalnie trzeźwa (nie przepadałam za upijaniem się, a następnie domyślaniem się, co takiego głupiego robiłam tamtej nocy), natomiast Derek wpił jedno piwo. Zazwyczaj lubił się bawić ze swoimi znajomymi w ,,Pijmy alkohol, dopóki się nie skończy", ale tym razem poprosiłam go żeby zawiózł mnie z powrotem do domu.
Odłączyliśmy się od grupki nietrzeźwych nastolatków i zrobiliśmy sobie mały spacer, brzegiem morza. Nie rozmawialiśmy, on szedł powoli po zapadającym się piasku, a ja włóczyłam się po mokrym podłożu, gdzie czasami dosięgła mnie jakaś fala. Podążałam przed siebie zamyślona, aż stwierdziłam, że Derek został z tyłu. Odwróciłam się, a to co zobaczyłam prześladuje mnie do dziś. Mój chłopak klęczał na kolanach, a ja w świetle księżyca widziałam jego rozszerzone źrenice i szeroko otwarte oczy. Gdy upadł twarzą na piasek, zauważyłam stojącego za nim mężczyznę. Ubrany na czarno byłby niewidoczny, gdyby nie lśniący sztylet upaćkany w krwi. Krwi Dereka. Krzyknęłam, co nie należało do najinteligentniejszego pomysłu, a on spojrzał na mnie. Podszedł do mnie szybki krokiem i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
- Znajdę cię! - Potem walnął mnie bronią w głowę i jedyne co pamiętam to szare tęczówki wpatrzone w moje własne.
Później obudziłam się w szpitalu. Twierdzili, że zemdlałam z odwodnienia lub braku jakiś ważnych składników. Nikt nie wierzył w moją wersję z tajemniczym facetem, uważali, że walnęłam się w głowę trochę za mocno. Nie obchodziło mi to czy mi wierzą, interesował mnie wtedy tylko Derek. Nie przeżył. Policjanci, jak i doktorzy, twierdzili, że został zaatakowany przez wygłodniałe wilki, które musiały przyjść z pobliskiego lasu. Nie wspominali nic o mordercy, a moje zeznania uważali za "majaczenie wariatki". Byłam wściekła, że go nie złapali, że go nawet nie szukali! A myśl, że przebywał na wolności napawała mnie strachem, a po głowie chodziły dwa przeklęte słowa: "Znajdę cię!".
To rzeczywiste wspomnienie przyprawiło mnie o drgawki. Tak było co noc. Gdy tylko zapadała ciemność myśli powracały. Usłyszałam żwawe kroki na korytarzu, które mnie zdziwiły. Rodzice od dawna nie przychodzą do mnie, w środku nocy, po moich atakach paniki. Zrozumieli, że to nie minie, a oni tylko bez potrzebnie wstawali. Usłyszałam zgrzyt otwieranych drzwi, a potem zapaliło się moje światło, które nie różniło się za bardzo od promieni księżyca.
Moja rodzicielka wraz z tatą stała w drzwiach z lekkim niepokojem na twarzy, co było do niej w ogóle nie podobne. Zawsze była obojętna, nosiła maskę znudzonej pani perfekcyjnej. Nigdy nie pokazywała uczuć, zwłaszcza względem mnie, odnosiła się do mnie z dystansem. To bolało jak byłam mała, ale teraz nie miało żadnego znaczenia. Mój tata trochę się od niej różnił. Kiedy byłam małą dziewczynką to on mnie pocieszał, rozweselał i chwalił. Mimo to bardzo dużo pracował i często nie było go w domu. Zacytuję w tej chwili tekst wszystkich pokrzywdzonych dzieci z filmów i książek: "To życie wszystkiego mnie nauczyło". Chyba tak to brzmiało.
Najpierw spojrzeli na mnie, a potem wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wiedziałam, że jest źle. Moi rodzice często się ze sobą nie zgadzali, zawsze był kompromis. Może podczas ślubu też bili się argumentami? W ogóle do siebie nie pasowali. Znudzona prawniczka i optymistyczny nauczyciel filozofii. Zimna Królowa Śniegu i Szalony Kapelusznik Z Alicji w Krainie Czarów. Dwa przeciwieństwa. Niestety mama zazwyczaj wygrywała nad tatą. Domyśliłam się, że tak jest i w tym przypadku. Mina mojego ojca wyrażała smutek, zniechęcenie i żal. A mamy... Maska obojętnej suki.
- Przykro mi kochanie, ale już dawno powinniśmy to zrobić - powiedziała moja rodzicielka tonem, który nie wskazywał, że choć trochę jej smutno.
- Nie rozumiem - wyznałam. O co może jej chodzić? Była poważna, nawet bardzo jakby miała mi powiedzieć, że przeprowadzamy się na Alaskę. - Przeprowadzamy się?
Znów spojrzeli po sobie, jakby chcieli mi delikatnie powiedzieć, że na Alasce nie ma Wi- Fi, czekoladowych batoników z orzechami i ciepłego swetra. Ojciec westchnął i spojrzał na mamę z wyrzutem.
- Jesteś pew... - nie mógł dokończyć pytania, ponieważ ona szybko mu przerwała.
- Tak, nie ma innej możliwości - oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu. Spojrzałam to na nią, to na tatę, który wyglądał jakby chciał się kłócić. Ale nic nie powiedział. Nigdy nic nie mówił. Zawsze był tym, który chciał dobrze, ale co z tego. Nic nie zmieniał. Moja matka z piekła rodem z każdym razem stawiała na swoim. - Madison, dziecko... - zwróciła się znów do mnie moim pełnym imieniem. Nie lubiłam go. Każdy, z wyjątkiem jej, mówił na mnie Maddie. Uważam, że moja rodzicielka (ona wymyślała to imię) miała chwilowego raka mózgu, kiedy mi je dawała. Co nie oznacza, że dalej na niego nie cierpi.
- Co się dzieje? - pytam kolejny raz zdenerwowana i zdezorientowana. - Przeprowadzamy się?
- Ty się przeprowadzasz - odpowiedziała neutralnym tonem. - Do Moderl House.
Hejka!
Zaczynam swoje pierwsze opowiadanie, więc nie oceniajcie mnie surowo. To na razie początki więc rozdziały będą nie równo. Akcja zacznie się dziać tak w 3 rozdziale, bo na razie musimy poznać bohaterkę. Gwiazdkujcie, a w komentarzach możecie mi dawać złote rady.
~Julie
YOU ARE READING
Nie jestem wariatką!
Teen FictionTamten rok szkolny miał być inny. Madison miała mieć wysokie oceny, została by cheerleaderką i cieszyła życiem ze swoim chłopakiem Derekiem. Tymczasem wszystko się zmienia gdy, na jej oczach, zostaje on brutalnie zamordowany. Od tego dnia dziewczyna...
