Ze snu wyrwało mniemiarowe pukanie w moje drzwi od sypialni. Było to o tyle dziwne iprzerażające, że małżonka jak i syn pojechali parę dni temu nadaleką wycieczkę. Z nadzieją czekałem, żeby to straszliwekołatanie okazało się tylko senną marą, jednak tak się niestało. Przeraźliwe łomotanie rozlegało się w grobowej ciszy inieprzeniknionym mroku ciepłej, lipcowej nocy coraz donośniej. Wnetzdałem sobie sprawę z irracjonalności tej sytuacji. Kto puka mi dodrzwi skoro jestem w domu sam....
Trzęsąc się podniosłemswoje brutalnie wyrwane se snu ciało z łóżka. Z czystej trwoginie zaświeciłem żadnego, najlichszego światła. Powoli zbliżyłemsię do drzwi i już miałem wyciągnąć rozdygotaną dłoń by jeotworzyć, lecz przypomniałem sobie, że przecież one sąotwarte...
Drewniane drzwi uchyliłysię spokojnie. Sparaliżowany poprzez ciemność starałem się,wbrew instynktowi dostrzec cokolwiek niezwykłego. Nic. Odetchnąłemciężko z ulgą jednocześnie uświadamiając sobie, że towyobraźnia płata mi figle.
Poczułem lodowaty dreszczjakby serce przeszył mi sztylet. Zdębiałem na nowo. Poczułem nakarku niepokojące doznanie, jakby czyjś oddech. Wraz z nim obcą,jakby wrogą obecność. Chwilę potem to okropne uczucie zniknęło.Zza okna dobiegło mnie szczekanie psa sąsiada. Rozochocone zwierzęujadało niemiłosiernie. Wtem wydało z siebie przeraźliwy, ohydnyskowyt i ucichło. Zmroziło mi to krew w żyłach, jednak zdobywającsię na niemałą odwagę ruszyłem w kierunku lampki nocnej.Skradając się przez cały pokój, uważając by nie wydać żadnego,najmniejszego dźwięku dotarłem do łóżka, a następnie dolampki. Pomimo wszechogarniającej mnie trwogi, która mąciła miumysł i odrętwiała zmysły, dobyłem mokrymi od potu rękoma mały,plastikowy włącznik. Serce waliło mi jak młotem. Z trudemnacisnąłem przycisk. Ciepłe, kojące światło rozlało się popomieszczeniu. Spojrzałem szybko na drzwi, lecz nic tam nie było.Szybko owiodłem wzrokiem cały pokój, ale tu także niczego niebyło.
Poczułem wielką ulgę.Zbliżyłem się do okna, by je otworzyć i wpuścić trochęświeżego powietrza.
Jednak to co zobaczyłemwtedy w oknie sprawiło, że zemdlałem i do dziś wprawia mnie towydarzenie w zakłopotanie.
Z mroku nocy wyłoniłasię mała, skulona sylwetka, okryta długim czarnym płaszczem, zgłębokim kapturem na głowie. Gdy pomyślałem, że gorzej być niemoże i do głowy napłynęły mi strumieniem najczarniejsze myśli,dziwna postać zrzuciła z siebie potargane szaty.
Była tonajmakabryczniejsza, najobrzydliwsza rzecz, jaką może sobiewyobrazić najbardziej obłąkany szaleniec. Na dwóch powykręcanychnogach zobaczyłem obraz ropiejącego rozkładu. Wyłamane kościsterczały z ciała, jakby podtrzymującymi to toczone pasożytamitruchło. Przewiercone przez czerwie trzewia wydzielały taki odór,że straciłem przytomność.
Nazajutrzwszystko to jawiło mi się jako okrutny koszmar. Po tych okropnychprzeżyciach odetchnąłem głęboko. Wszystko wróciło do normy.Nie dawała mi spokoju tylko jedna drobna kwestia.
To niepokojącemrowienie w moim brzuchu.
YOU ARE READING
Okno
HorrorKrótkie opowiadanie, pierwsze opublikowane na tej stronie. Na razie raczej tak, by zobaczyć jak to działa. Jednakże zapraszam.
