00

159 19 10
                                        

-Muszę?!- zapytał, a właściwie krzyknął na swojego ojca.

-Tak, musisz! Może to cię nauczy nie jeździć po pijaku!- on również był zdenerwowany.

-Sam wiesz, jak to jest. Nie panujesz nad sobą! Jesteś na chaju!- nie panował nad sobą chłopak.

-Wiesz ile osób, walczy o życie przy mnie?- zapytał już spokojniej.- wiesz, ile osób z chęcią zamieniłoby się z tobą miejscami, by tylko móc żyć?- patrzył mu prosto w oczy.- Ashton, to nie poważne.

-To w takim razie co mam zrobić, co? Zamienić się z pielęgniarką?- zapytał retorycznie.- bo jeśli o mnie chodzi, to z chęcią zatrudnię się u ginekologa.- Wplótł palce w blond loki i lekko za nie pociągnął. Chciał w coś kopnąć, uderzyć, wyżyć się, chciał... chciał pograć na perkusji.

-Dosyć żartów! Niektórzy ludzie, umierają mając pięć lat, a ty masz już dziewiętnaście, a narażasz się na niebezpieczeństwo, łamiesz zasady.- Powiedział mężczyzna, opanowywując się. Pracował w miejskim szpitalu jako znany, szanowany i świetny chirurg. Codziennie widział cierpienie na twarzach osób, którym musiał przekazać wieść, iż niestety nie udało uratować się ich bliskiego. Nie chciał, aby jego syn spowodował taki wypadek, a co dopiero aby walczył w nim o życie.

-Łamię zasady?... A wiesz może, po co one są? Aby ludzie tacy jak ty, mieli do kogo się przyczepić!- krzyknął. Już nie panował nad swoimi emocjami.- Mam 19 lat. Więc mogę robić co zechcę.- zareagował.

-Nie, póki ja ciebie utrzymuję. -stwierdził starszy mężczyzna.- Będziesz wolontariuszem w dziale dziecięcym.- zdecydował ojciec blondyna, chwytając marynarkę, przewieszoną na krześle swojego gabinetu. Chwycił za klucze leżące na biurku, wśród stosów papierów i różnych kwitków jak i aktów zgonów, które miały miejsce na terenie tego szpitala.

-Super, dobrze, że nie zrobiłeś ze mnie położnej!- obrócił wszystko w żart Ash.

-To nie jest śmieszne. Jesteś nieodpowiedzialny, Ashton.- skwitował wychodząc jego ojciec.

-Ah tak?... A powiedz mi, jaki ty byłeś w moim wieku, co? Przecież ja byłem 'tylko wpadką'.- powiedział zirytowany i sobie poszedł, w miejsce, gdzie tylko on przebywał.

Wchodził na dach tego szpitala tak często, że mógł już go nazwać swoim drugim domem. Wspinał się po metalowej drabinie, która była przeznaczona dla kominiarzy, czy Bóg wie kogo, szedł na sam skraj dachu. Wtedy czuł, że na prawdę żyje. Był na granicy życia a śmierci. Gdyby skoczył- umarłby. Mógł się poruszyć do przodu lub do tyłu, w zależności, czy chce nadal żyć, czy woli odwiedzić swoją matkę.

Tak było i tym razem. Tylko tym razem usiadł na granicy, nogi mu zwisały tak, jakby zastanawiał się, czy odwiedzenie Anny Irwin byłoby dobrym posunięciem. Tak naprawdę Ashton nigdy nie miał myśli samobójczych. Owszem, mogło to tak z boku wyglądać. I choć parę razy natknęło mu się na myśl, że może by tak skoczyć, ale zawsze szybko odpędzał tą myśl, wmawiając sobie, że ktoś tu na niego jeszcze czeka, choć on sam nie wiedział do końca kto.

Zapalił skręta i wziął wdech. Właśnie takich chwil potrzebował. Takich, jak te. By po prostu pobyć samemu.

***

Wszedł na dział dziecięcy z pustymi rękoma. Stanął w progu, a jego uśmiech, który zazwyczaj gościł na jego twarzy, wyparował. Tak po prostu. Teraz już wiedział co go czeka. Szpital jest jak dementorzy; wysysają z ciebie całe szczęście, zostawiając tylko to, na co tak na prawdę nie zasługujemy.

Podszedł do pierwszego z łóżek, na którym siedział mały chłopiec. Wokół niego leżało mnóstwo zabawek. Wyglądał, o dziwo, szczęśliwego. Jako jedyny nie miał karty zdrowia, przyczepionej na łóżku. Wyglądał może na sześć- osiem lat. Nie wiele. Nagle niebieskie oczy chłopca spojrzały na Ashtona zdziwionym wzrokiem.

-Ty do Harry'ego?- zapytał dzieciak.- Przykro mi, wczoraj jeszcze był, ale chyba w nocy zniknął.- powiedział, a blondyn już wiedział, co to oznaczało. On nie zniknął. On najzwyczajniej w świecie umarł.

-Nie... Nie, ja... Wiesz, to trochę śmieszna sprawa... Wiesz, ja sam nie wiem do kogo przyszedłem.

-Ah, rozumiem!- zaopanował młody.- Jesteś tu nowy, i chciałeś obejrzeć szpital, racja?- zapytał.- Wiesz, dużo osób tak robiło. Ale zawsze tylko raz przychodzili. A potem PUF!! I znikali. Pani McCanvie mówiła, że to dlatego, że byli niegrzeczni, i wróg Świętego Mikołaja ich zabrał, by dla nich pracował.- powiedział.- Ale ja wiem, że to nie prawda.- Zaprzeczył, śmiesznie intonując każde słowo. Ash bał się, że mały zaraz się popłacze, na myśl o śmierci kolegów, ale tak się nie stało.- To był Bóg. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale spokojnie, oni wrócą.- powiedział wyciągając przed siebie ręce, jakby chciał go zatrzymać.- Poszli tylko w odwiedziny.

-A... A czy nie myślisz, że oni umarli?- zapytał Ashton.

-Umarli?- roześmiał się.- Umieranie jest tylko w legendach.- Pokręcił przecząco głową. Irwin nie miał zamiaru się z nim sprzeciwiać, więc tylko przytaknął.- Tak w ogóle to nazywam się Ted.

-Ashton- przedstawił się.

-Więc co cię tu sprowadza?- zapytał.

-Więc... Mam karę.

-Och, rozumiem... Byłeś nie grzeczny?- zapytał z przekąsem.

-Bardzo.

-A na czym polega twoja kara?- zapytał unosząc śmiesznie brwi.

-Muszę tu codziennie przychodzić.- odpowiedział.

-A, to łagodna, łagodna!- skwitował ze śmiechem. Nagle drzwi do sali otworzyły się, a do środka weszła blond pielęgniarka, w krótkim fartuchu.

-Cześć Ted, witaj Młodzieńcze...- powiedziała nakręcając kosmyk włosów na palec.

-Hej.- zaczął Ashton.- Możemy wyjść pogadać?- zapytał spoglądając na drzwi.

-Zawsze i wszędzie.- szepnęła uwodzicielsko, przynajmniej chciała by to tak zabrzmiało. W rzeczywistości tak nie było. Wyszli na zewnątrz,

-Co się stało temu, jak mu tam, Ted'ow?- zapytał chłopak, bez wstępów.

-Och...- zaśmiała się- Jemu? Nic! Sierota, ma tylko babcie chorującą na raka tarczycy. Jak dobrze pójdzie, zostanie tu na jakieś dwa miesiące, na tyle szacujemy czas jego babki.

-A potem? Co się z nim potem stanie?- zapytał. Wydawał się przejęty.

-Oj, Ashton, Ashton...- przybliżyła się do niego.- Chyba ci na nim nie zależy...

-Cholera, McCanvie, gadaj!- warknął.

-Irwin. Nie tak ostro. Trafi do domu dziecka, a jak myślisz? Wychowa się tam. Nikt nie bierze takich dużych dzieci. Ludzie adoptują dzieci do wieku trzech- czterech lat, tak by myślały, że ich opiekunowie to ich biologiczni rodzice.- powiedziała i odwróciła się na pięcie, machając przy tym swoimi blond włosami.

100 Things To Do | A.I.Where stories live. Discover now