POLSKA, 2019.
Przygotowywałam obiad, gdy usłyszałam charakterystyczne walenie w drzwi. „A więc to dziś po mnie przyszli" - pomyślałam. Byłam zrezygnowana i zmęczona ciągłym ukrywaniem się. Chociaż kiedyś zdemontowaliśmy kamery i podsłuchy, które były ukryte w naszej kawalerce, Wielki Brat patrzył. Już chciałam iść otworzyć i dać wyprowadzić się pod najbliższy komisariat plebański, gdy usłyszałam dźwięk klucza przekręcanego w drzwiach.
Słowo Wam daję, gdy to ON pojawił się w wejściu, chciałam zrobić trzy rzeczy. Jakie, zapytacie? Po pierwsze, rzucić się mu na szyję. Po drugie, spojrzeć w jego roześmianą twarz. Po trzecie, udusić go gołymi rękoma.
Stał tam, nonszalancko opierając się o kuchenne drzwi, od niepamiętnych czasów zablokowane kołkiem na podłodze. Lewą nogę miał zgiętą w kolanie i opartą o lakierowane drewno, jak zawsze w tym samym miejscu; przez niego ten fragment drzwi był bardziej starty, wyglądał jakby z innego świata - tego sprzed dni, w których cały kraj stanął na głowie. Delikwent, który właśnie wyjął z kieszeni starej bluzy papierosa i pudełko zapałek, niegdyś lubił mawiać, że ten kawałek drzwi to metafora jego osobowości. W świecie, gdzie nawet sposób, w jaki kopulowali obywatele, był monitorowany, jego krzywy uśmiech i nietuzinkowe pomysły były wprost niedopuszczalne. Zawsze był zbyt dla tej rzeczywistości. Zbyt niepoważny. Zbyt kreatywny. Zbyt szczęśliwy.
- Nie pal tu - warknęłam, odkładając nóż kuchenny na deskę do krojenia, pod kątem dziewięćdziesięciu stopni - to niezgodne z zasadą numer sto dwadzieścia osiem b, zapisaną w kodeksie spraw pra...
- Cicho, Iziu - zdrobnienia imion nie były uważane powszechnie za potrzebne, więc nie zalecano ich używania. Jednak z jego ust nigdy nie usłyszałam pełnej wersji mojego imienia - Izabelli.
- Nie mów tak do mnie.
- Wiem, jak to lubisz. - Spojrzał na mnie, a ja od razu zaczęłam mięknąć. W tych czterech słowach zawarł trzy zakazane rzeczy - papierosy, zdrobnienia i posiadanie silnie zaznaczonych upodobań. Niezły wynik, nawet jak na niego.
- Mogę wejść? - zapytał.
- Najpierw wyjaśnienia. - Wróciłam do krojenia masy warzywnej. Co prawda przygotowałam jej już dość dla dwóch osób - pomimo że nie było go przy mnie przez cztery miesiące, codzień gotowałam tez dla niego, pomimo wydzielanych racji żywieniowych. Dostawałam jej więcej, w końcu oficjalnie byłam w ciąży. Jednak zawsze uważałam, że wyglądam poważniej z olbrzymim nożem w dłoni.
- Wysłano mnie do pracy. - Zauważyłam w jego ruchach niepewność. Znałam go zbyt dobrze, aby to zignorować.
- Kłamiesz. - Zgrabnie zebrałam masę w równą kostkę i zaczęłam ją kroić delikatnym, posuwistym ruchem.
- Co ci powiedzieli? - popatrzył na mnie i założył rękę na rękę, jak zawsze, gdy domagał się wyjaśnień. Wbiłam ostrze mocniej w papkę.
- Uznali, że zginąłeś. Dostałam list, w którym pisali tak: „nikt nie przeżyłby tyle na terenach skażonych lewactwem". Miałeś dostać nawet order pośmiertny. - Czekałam na jego reakcję. Najpierw zaniemówił; zamurowało go. Po chwili wybuchł dzikim, szczerym śmiechem.
- Kochanie, chyba w to nie wierzyłaś? - zapytał, gdy w końcu się uspokoił.
- Juz nawet nie wiem, w co powinnam wierzyć. Znikasz bez zapowiedzi, gdy słyszysz, że jestem w ciąży. Przychodzą do mnie smutni panowie w garniturach i obwieszczają, że musiałeś wyjechać na „Lewacki Zachód w roli szpiega". Kilka tygodni później przyszedł list, który mówił o tym, że nie żyjesz. Co mam sobie myśleć? - Dopiero gdy skończyłam tyradę, uświadomiłam sobie, że po moich policzkach spływały łzy. Gdy ja krzyczałam, on podszedł bliżej; kiedy skończyłam, objął mnie opiekuńczym ruchem. Rękaw jego bluzy posunął lekko w górę, a ja w lot zrozumiałam część faktów.
- Nie pojechałeś do pracy. Zostałeś ukarany za seks przedmałżeński. - Zdążyłam złapać za jego rękę, zanim ją odsunął. Wypalony napis „Nie zrobię tego więcej" nie pozostawiał złudzeń.
- To nie...
- Wiedziałam, że nie powinniśmy tego robić. - Gdy odskoczyłam, spod mojej bluzki wysunęła się poduszka.
- Iziu? Czyli... - na jego twarzy zalśniło jeszcze większe przerażenie. Ostatnie podwaliny mojej obrony runęły.
***
Siedzieliśmy na kanapie, paliliśmy ruskie fajki i opowiadaliśmy sobie, co działo się przez cztery miesiące rozłąki. Wypłakując litry łez, opowiedziałam mu o wizytach u znajomego lekarza w podziemiach, który powiedział, że nastąpiło poronienie. W pierwszym odruchu odetchnęłam z ulgą. Nie chcieliśmy tego dziecka. Jednak już po chwili uświadomiłam sobie, co to oznacza - byłam już wtedy po pierwszej oficjalnej wizycie u kościelnego ginekologa i ciąża była wpisana do akt, chociaż nie rozpoczął się nawet trzeci miesiąc. Wiedziałam, co to oznacza - tygodnie żmudnych przesłuchiwań, obserwacja, kary. To ciąża przedmałżeńska, więc mogłam być pewna, że zostanę zesłana do więzienia na przynajmniej pół roku. Gówniane prawo, ale prawo.
Antek wyjaśnił mi okoliczności swojego zniknięcia. Wyszedł do sklepu; kiedy wychodził z budynku, zobaczył trzech wysokich mężczyzn w garniturach. Przywołali go do siebie. Antoni upierał się, że nie pamiętał większości rzeczy, które nastąpiły później, ale najpewniej po prostu chciał oszczędzić mi słuchania tego. Wystarczająco przemawiały do mnie blizny na jego rękach.
Później wywieziono go nagiego do Niemczech i zabroniono powrotu do kraju pod groźbą śmierci. Zwykle nie reagowano aż tak agresywnie, lecz on już nieraz podpadał przecież władzy. Dzięki jego sprytowi i mojej zaradności mogliśmy radzić sobie przez długi czas, lecz teraz miarka się przebrała. Oboje byliśmy zagrożeni.
- Jedynym sposobem jest ucieczka, prawda? - zapytałam, przytulając się do niego. Pomimo opuszczonych rolet, domyślałam się, że jest już późno. Przegadaliśmy kilka godzin.
- Tak. Musimy zbiec jak najszybciej, ale najpierw... prześpijmy się chociaż kilka godzin. Zmęczeni nic nie zdziałamy.
Pomimo obaw, przystałam na jego propozycję.
***
Obudził nas huk wyważonych drzwi i krzyki. Zerwałam się przerażona z łóżka, ale nie dałam rady uciec nawet na drugą stronę mieszkania. Ogromny antyterrorysta wykręcił moje ręce do tyłu. Widziałam, jak Antek został przyciśnięty do ściany.
Po moich policzkach płynęły łzy, byłam zdezorientowana i przerażona, jednak dobrze wiedziałam, co się dzieje. Nie zdziwił mnie dobiegający z głośników, niski głos:
- Izabello Katarzyno Knurowska, nazwana na cześć świętej Izabeli Aragońskiej, Królowej Portugalii i Antoni Stanisławie Michalski, nazwany na cześć świętego Antonina Pierozziego, arcybiskupa Florencji; jesteście zatrzymani pod wieloma zarzutami. Poniesiecie poważne konsekwencje. Chłopcy, wyprowadźcie ich, zabieramy oboje do aresztu.
n/a: "Cztery lata dobrej zmiany", jak przystało na tekst satyryczny, wykorzystuje hiperbole (wyolbrzymienie). Nie bierzcie go całkiem na poważnie, okej? ;)
YOU ARE READING
Cztery lata dobrej zmiany
Short StorySłowo Wam daję, gdy to ON pojawił się w drzwiach, chciałam zrobić trzy rzeczy. Jakie, zapytacie? Po pierwsze, rzucić się mu na szyję. Po drugie, spojrzeć w jego roześmianą twarz. Po trzecie, udusić go gołymi rękoma. ~~~~ One-shot satyryczny...
