Nasze wschody i zachody

46 2 0
                                        

„Chciałbym się jeszcze powłóczyć z Tobą, póki żyjemy i mam Cię obok

Zjechać z Tobą w dół po poręczy,
wspólnie się wyczołgać z nędzy.

Schować szczęście tu, pod podłogą,
zanim przyjadą i nas wywiozą.

Zobaczyć razem niebo po burzy,
skoczyć w kałużę, żyć jak najdłużej..."

- „Oranżada"

LENA

Weszłam do salonu, przeczesując palcami skołtunione włosy. Omiotłam nieprzytomnym spojrzeniem wszystkie kąty pomieszczenia, zatrzymując się na jednym, stałym elemencie porannej scenerii. Inga siedziała na fotelu, z kolanami podciągniętymi pod brodę, czytając stary numer jakiejś gazety o motoryzacji. Wyglądała pięknie w każdym wydaniu, lecz najbardziej uwielbiałam ją właśnie rankami - z kubkiem kawy, rudym nieładem na głowie i okularami w okrągłych oprawkach, które spoczywały na piegowatym nosie. Co chwila je poprawiała, mrucząc coś niezrozumiale.
- Dzień dobry - powiedziałam cicho, stając za oparciem siedziska. Nachyliłam się nad dziewczyną i złożyłam na jej ustach krótki, lecz czuły pocałunek.
- A to za co? - uśmiechnęła się uroczo, zamykając magazyn.
- Muszę cię udobruchać, żebyś zrobiła mi śniadanie - pstryknęłam ją w nos i odeszłam w kierunku kuchni.
- Może nauczysz się wreszcie gotować, co? - Inga otworzyła lodówkę i po chwili namysłu wyjęła z niej dwa jajka.
- Umiem włożyć chleb do tostera, nie wymagaj ode mnie więcej - przysiadłam na taborecie, obserwując, jak moja ukochana krząta się między półkami.
- Ech... Podaj chociaż patelnię, dzikusie. Jest w dolnej szafce.
Rudzielec postawił naczynie na gazie i rozbił jajka, nucąc przy tym melodię bliżej nieokreślonej piosenki. Parę minut później jajecznica była gotowa, w międzyczasie zdążyłam jeszcze zaparzyć nam obu czarną herbatę. Inga dołączyła do mnie przy stole i wzięła widelec do ręki.
- Zrób sobie prawko na samolot - oznajmiła nagle. - Wybierzemy się gdzieś daleko.
- Najpierw ty na samochód, wtedy pogadamy.
- Mówię serio, możesz przecież jeździć tirem, osobówką, motorem, pociągiem... Brakuje ci samolotu albo helikoptera!
- Mam lęk wysokości, a ty dobrze o tym wiesz, więc daj sobie spokój - dopiłam ostatni łyk herbaty i odsunęłam krzesło.
- Lena...
- Nie jestem zła, po prostu nigdy więcej nie wspominaj nic o lataniu, błagam - wyszeptałam. - Dobra. Idę coś ze sobą zrobić i zmykam na uczelnię, słońce.
Musnęłam wargami policzek lisicy, spojrzałam na tarczę zegara, wiszącego w kuchni.
- Cholera, wpół do ósmej! - w pośpiechu chwyciłam leżące w kącie spodnie i koszulę, włożyłam wszystko na siebie, łapiąc w biegu torbę, narzuciłam na plecy ramoneskę, po czym pędem opuściłam dom, krzycząc przez ramię:
- Kup ryż!

***

INGA

Jaki ona chciała ten ryż? - próbowałam sobie przypomnieć, nieustannie klucząc po dziale z nabiałem. Nagle poczułam, że ktoś kładzie mi rękę na barku.
- Co do... - zaczęłam, odwróciwszy się, ale w pewnym momencie zamarłam. - Matylda? Ty, tutaj?
- Wróciłam tylko na miesiąc, żeby pomóc rodzicom w remoncie mieszkania - podjęła czarnowłosa. - A ty? Jak ci się układa życie, Inciu?
- Nie nazywaj mnie tak.
- Żartuję, Inga. Widzę, że wciąż jesteś do bólu sztywna i poważna - wywróciła oczami, kładąc rękę na biodrze. Drugą opierała o sklepową zamrażarkę.
- A ty nadal nie potrafisz pogodzić się z naszym rozstaniem.
- I kto to mówi! - warknęła z irytacją, a ekspedientka wyjrzała zza kasy, mrucząc coś pod nosem o kulturze osobistej klientów. - Mam ci przypomnieć, która z nas po dwóch miesiącach nadal słała drugiej listy z przeprosinami? Zaskoczę cię, bo nie byłam to ja.
- Czego ty oczekujesz?
- Niczego, kochanie - odparła, pchając koszyk z zakupami dalej. Odetchnęłam, starając się uspokoić, a potem wzięłam z półki którąkolwiek paczkę ryżu i wrzuciłam ją do koszyka. Po drodze do kasy złapałam z Matyldą kontakt wzrokowy, lecz natychmiast go zerwałam. Nienawidzę jej. I tego muszę się trzymać.

Mniej niż nicStories to obsess over. Discover now