Wśród cierni, raniące moje kostki,
Idę przez krainę cieni.
I idę nie patrząc za Siebie,
Samotność niczego nie zmieni.
Przemierzam intrygę otchałni,
krew płynie przez moje palce.
Myślę nad sensem istnienia, czuję przegraną, w tej walce.
Upadam bezwładnie na ziemię,
Potykając, o kolec boleści,
Już teraz i ręce krwisty kolor zalał.
Już więcej bólu serce nie pomieści.
I ujrzę wnet światło przed sobą samym
I w jego stronę podąrzę.
Zatopie w źródle błogiej rozkoszy,
Nogi i ręce zwiąże.
Zawżdy zamknięte oczy.
Powietrza powoli brakuje.
Usłysze jak ktoś tu kroczy,
Twą dłoń, na swojej poczuje.
Uwolnisz mnie od beztroski,
Uwolnisz od cierpienia,
Ucichnie mój lament i szloch,
Ucichnie na szczęście nadzieja.
I nagle oczy otworze,
Nogi oplącze pięć kocy.
Teraz wrócę do życia,
Do snu zaś, pod osłoną nocy.
