Epilog

49 6 1
                                        

Wieczorem w małej wsi Sekar na skraju pustyni, zgromadzili się żołnierze. Byli uzbrojeni w piki, u pasów mieli miecze, kilku miało także łuk, na sobie mieli żelazne napierśniki a na nich cherb w kształcie tarczy koloru czarnego z namalowaną na środku czerwoną hydrą.
Otoczyli mały dom w centrum wioski niedaleko placu. Dom należał do starego kowala, który mieszkał z żoną i piętnastoletnią córką.
Dowódca grupy, który miał na sobie lśniącą zbroję płytową z tym samym herbem, był uzbrojony miecz ze złotą rękojeścią i tarczę z herbem. Stał nieruchomo naprzeciw drzwi od domu bacznie je obserwując. Zbliżał się wieczór wtedy zrobi się zimno, a dobrze wie, że nie jest mile widziany w wiosce i nikt go nie przenocuje. Chciał szybko załatwić sprawę z tym jeźdźcem, którego ściga już trzeci miesiąc. Teraz trafiła mu się pierwsza okazja, aby go złapać. Rozkazano mu go złapać a w ostateczności zabić.
Rozejrzał się dookoła patrząc po twarzach jego ludzi większość z nich była zniecierpliwiona, to są ci nowi, pomyślał. Tylko na twarzach dwóch jego najbardziej zaufanych ludzi malował się strach zmieszany z powagą. ,,Oni znają jego siłę". Czas mijał a w domu nawet nie zapalono światruchu Po kilkudzięsięciu minutach stania powoli drętwiały im nogi. Słońce już dawno zaszło i robiło się zimno. Wtedy drzwi zaskrzypiały i ruszyły do przodu, zatrzymały się w połowie. Cały oddział włącznie z dowódcą sięgnął po broń, kilku żołnierzy siedziało to odrazu zerwali się z nóg, kapita posłał im gniewne spojrzenie i odwrócił się w stronę domu z mieczem w gotowości. Wiedział że to jedyna szansa bo jeździec więcej się nie wyłoni z ukrycia. ,,Tam ktoś rozmawia" pomyślał ,,Możliwe że coś podejrzewa" podniósł zaciśniętą pięść na znak gotowości, nie wszyscy od razu zareagowali widocznie nie widząć znaku w ciemności, ale zaraz wszyscy już mieli broń w górze, naciągnięte cięciwy w łukach wycelowanych prosto w drzwi. Przez chwilę wyglądali jak zestaw figur szachowych stojąc bez ruchu. Chwilę potem rozległ się głośny gwizd dochodzący z domu. Wywołał dreszcze na karku kapitana. Przez chwilę rozchodził się po całej wiosce i poleciał dalej na pustkowie, gdzie nic nie było. Któryś z żołnierzy zaklnął po cichu i ruszył do przodu. Dowódca szybko wystąpił obok niego trzymając mu miecz na gardle.
- Rozkaz był czekać!- rzekł stanowczo.
- Ale...- spróbował się wytłumaczyć chłopak miał dopiero co 20 lat i już służy w zakonie. Miecz przycisnął się bardziej do jego szyi, wtedy ustąpił. Cofnął się o krok i wtedy przez okno w domu wypadło z dużą prędkością krzesło, roztrzaskało się ścianę naprzeciw domu. Wszyscy się ożywili a kilku wojów musiało unikać odłamków i samego krzesła.
Z domu wybiegła kobieta z raną na ramieniu, podbiegła do dowódcy krzycząc
-Błagam on chce nas zabić...-padła na kolana i chwyciła jego nogi, ten bez słowa odtrącił ją kopniakiem i przygładał się domowi. Kobieta poczołgała się dalej za kapitana i skuliła cicho płacząc.
,,Trzeba zaryzykować " pomyślał dowódca, i krzyknął
- Wyjdź na zewnątrz...- chwilę się zastanowił -Wyjdź oddaj broń a nic ci nie zrobimy - pod koniec jego głos nie brzmiał już tak przekonywująco jak wcześniej.
Chwilę potem z domu wyszło dwóch mężczyzn z przodu ubrany w koszule i długie obdarte u dołu spodnie starszy człowiek z brodą, kapitan domyślił się, że to kowal, do gardła miał przyłożone ostrze. Ręce choć były przy ciele miały napięte każdy mięsień.
Za nim wyszedł człowiek o znacznie młodszych rysach wykładający na około 25 lat, też miał brodę ale znacznie krótszą i bardziej ogarniętą. Na głowie miał czarny kapelusz z płaskim rondlem, na sobie miał długi skórzany płaszcz sięgający prawię kostek, był brązowy u dołu lekko pobrudzony od błota i pyłu, rozpięty odsłaniał skórzaną lekką zbroję. Niżej miał spodnie trzymane mocnym skórzanym pasem z dużą metalową sprzączką u pasa wisiała pusta pochwa na miecz, buty miał wysokie skórzane i podkute metalem podeszwy.
,,On naprawdę lubi skórę" pomyślał kapitan. Obcy trzymał jedną ręką miecz a drugą kowala za ramię. W jego oczał był dziwny błysk którego dowódca grupy nie mógł zrozumieć. Jeździec obiegł cały plac wzrokiem aż dotarł do najlepiej ubranego, czyli przywódcy.
Wieśniak spojrzał przerażonymi oczyma na swoją żonę leżącą skuloną za plecami żołnierzy. Wtedy nieznajomy odezwał sie - Witaj Aramenie - zwracał się do kapitana, głos miał spokojny jakby rozmawiał z przyjacielem - co cię sprowadza do tej małej nieznacznej wiosce? - spytał.
- Dobrze wiesz, Sionie jak już chcesz po imieniu- odpowiedział kapitan z lekką nutą zdziwienia.
- Poddaj się mamy przewagę-
- Czyżby? - Sion odepchnął kowala przed siebie tak, aby ten spadł obok niego. Miecz schował do pochwy i spuścił głowę ukazując górę kapelusza. ,,Poddaję się?" pomyślał kapitan.
Jeździec rzekł kilka słów tak, aby nikt ich nie usłyszał i nagle wszyscy żołnierze prócz kapitana padli na ziemię. Ten obejrzał się oszołomiony dookoła, pierwsza myśl jaka mu przyszła do głowy, to taka, że nie żyją. Z ulgą odkrył, że najbliższy zbrojny oddycha ,,Czyli ich uśpił" pomyślał.
- I co teraz? - na twarzy Siona pojawił się szyderczy uśmiech.
- Stań do uczciwej walki na miecze, a nie jak tchórz używasz magii - spojrzał na wroga i dodał - może walczysz jak dziecko ? - gdy tylko skończył Sion błyskawicznie do niego doskoczył i zaatakował mieczem. Aramen nawet nie zobaczył jak dobiega miecza, tylko dzięki wytrenowanej reakcji podniósł tarczę i zablokował cios. Chwilę później musiał bezsilnie blokować każdy kolejny atak Siona, który jak wydawało się Aramenowi uderzał z nadludzką szybkością i siłą z którą nigdy się nie spotkał. Chwilę potem nawet nie widział kiedy jeździec wytrącił z łatwością jego miecz i posłał go w powietrze. Kapitan opadł na kolana i upuścił tarczę.
- Masz szczęście Aramenie, bo z całego zakonu tych starych kretynów ciebie lubię najbardziej i dlatego nie zginiesz dzisiaj - schował miecz - ale jeżeli kiedykolwiek więcej zagroźisz mojej wyprawie nie będzie już żadnej łaski.
- Ddd...dobra - kapitan sapnął, ledwo mógł złapać oddech. Sion odwrócił się i powoli ruszył do przodu. Dla Aramena to była idealna szansa ,, zabić w ostateczności" sięgnął po sztylet i zużywając ostatnie siły skoczył na jeźdźca.
Przez chwilę wydawało się że jego plan wypali lecz Sion w błyskawicznym tempie wyciągnął miecz machnął nim w powietrzu. Zaskoczony kapitan spojrzał na swoją rękę i z zaskoczeniem odkrył że nie ma dłoni. Dopiero po kilku sekundach trwających wieczność poczuł okropny ból i padł na ziemię z cieknącą krwią. Jak przez mgłę usłyszał słowa Siona: ostrzegałem.
Sion uklęknął przy ledwo przytomnym Aramenie spojrzał na cieknącą z równo uciętej dłoni krew, wypowiedział szeptem kilka słów i rana zrosła się zostawiając zabliznowanego kikuta. Wstał i ruszył w stronę kowala stojącego z żoną na uboczu.
- Dziękuję za pomoc - rzekł
- Nie ma za co, zawsze chętnie pomogę przeciwnikom zakonu - odpowiedział kowal i spojrzał na żonę - Nic ci nie zrobili? -
- Nie na szczęście - uśmiechnęła się i spojrzała w stronę Siona - A jak nasza córka? -
- Przykro mi ale się nie nadaje -
- Aha to szkoda, potrzeba wam jakiś zapasów na drogę ? -
- Nie, wszystko mam -
- Może chcecie konia? -
- Mam lepszy transport - na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Spojrzał na starego mężczyznę i sięgnął do sakwy po pieniądze. Wyciągnął kilka złotych monet z rysunkiem smoka krwawiącego ze skrzydeł.
- Macie za krzesło - wskazał porozwalane drewniane kawałki.
- Ale znacznie więcej niż było warte -
- kup żonie jakąś biżuterię - skłonił się kobiecie podał rękę kowalowi i ruszył w stronę pustyni.
Gdy tylko wyszedł z miasta przeszedł kilkadziesiąt metrów ruszył na lewo i zaczął wspinać się na sporą wydmę. Gorący piasek wchodził mu do butów ale on to ignorował. Wchodzenie na wydmę nie sprawiło mu większych kłopotów i zaraz był po drugiej stronie. Szybko zszedł na dół, włożył dwa palce do ust i zagwizdał głośno. Poczekał chwilę trzymając jedną ręką za rękojeść swojego miecza. Po chwili zza pobliskiej wydmy wyskoczył smok.
Mimo że była noc nadal można było zauważyć jego połyskujące w blasku księżyca czarne łuski. Był czarny na skrzydłach miał kilka czerwonych pasków, pysk także był w większości czerwony. Na głowie miał dwa spore rogi, pośrodku nich wyrastał mały biały róg a za nim kolejne dochodzące aż do końca długiej szyi za nimi między szyją a skrzydłami było sporej wielkości siodło z przyczepionymi torbami na żeczy dalej za skrzydłami znowu zaczynał się rząd kolców kończący się na ogonie. Uwagę przyciągała duża kwadratowa torba u boku siodła.
Smok spojrzał czerwonymi ślepiami na Siona, w jego wzroku była iskra ciekawości. W końcu odezwał się niskim ochrypłym głosem
- I jak? -
- Widzisz żebym miał ze sobą dziecko? Co? - odpowiedział spokojnie Sion
- Ciebie co ugryzło - smok przybliżył pysk do twarzy jeźdźca
- Nic ta się tylko zastanawiam po co to wszystko, jak długo mamy szukać kolejnych i czy w końcu nam się uda Tornagu - Sion podszedł do dużej torby i otworzył ją - i jak się ma? -
- Nie wiem nie znam się na zwierzętach - w torbie siedział mały szczeniak zaledwie kilku mięsięczny.
- No tak zapomniałem, trzeba go nakarmić - znalazł szczeniaka w jaskini wśród wielu zabitych wilków tydzień temu a że nie chciał go tam zostawiać to wziął ze sobą, zawszę przyda się zwierzak do obrony tam gdzie smok nie wejdzie.
- Ja nadal twierdzę że powinieneś go zostawić albo dać mi ja go chętnie zjem - odezwał się Tornag odwracając głowę.
- Tylko byś spróbował -
- Dobra gadaj co robimy dalej -
Sion wyciągnął mapę z innej mniejszej torby, położył szczeniaka na ciepłym piasku i położył obok mapę. Szybko rozpalił małe ognisko i przejrzał się mapie.
- Wygląda na to że jutro rano ruszamy do Luboru, to małe miasteczko nad rzeką Koor, tam poszukamy kolejnych - schował mapę i wyciągnął koc. Rozłożył go na piasku i się na nim położył. Ściągnął kapelusz i ułożył obok siebie.
- Obudź mnie rano i pilnuj psa - polecił Tornagowi i zamknął oczy.
- Jak zwykle - mruknął smok i ułożył głowę po drugiej stronie ogniska.

Całkiem Inna Historia (jasne...) Stories to obsess over. Discover now