Zgasił papierosa. Horyzont nadal lekko falował, a sam Protazy unosił się swobodnie ponad światem. Trawy gdzieś w dole brzęczały cicho. Zacisnął na chwilę powieki. Pastelowo różowe niebo powolutku zmieniało barwę na pomarańczową. Spojrzał w dół. Rośliny na łące były niebieskie, tak jak przewidywał. Nie potrafił opisać tego uczucia. W oddali pojawił się niewyraźny obiekt, przybliżający się z każdą chwilą. Był to balkon. Umiarkowanym tempem sunął w powietrzu w kierunku lewitującego Protazego. Mężczyzna, uradowany widokiem ulubionego miejsca alkoholizacji, natychmiast do niego podleciał. Nie, nie podleciał. Podpłynął, bowiem Protazy aktualnie pływał w czasoprzestrzeni, niczym w wielkim basenie. Nasz bohater bardzo by pragnął, by był to basen czystej. Oj tak, byłoby to spełnienie jego najskrytszych marzeń, jak mniemam.
Stojąc już pewnie na wspomnianym już wcześniej latającym balkonie, sięgnął do kieszeni marynarki po paczkę fajek. Zasmucił się wielce, widząc, że ma do dyspozycji jedynie trzy papierosy. Szkoda, że nie umiem ich rozmnażać. Mógłbym być takim Jezusem od szlugów i je rozmnażać. Przydałbym się w końcu do czegoś - pomyślał. Wzdychając cicho, wyciągnął z opakowania jednego fajka i zapalił. Nie potrzebował nawet zapalniczki, tytoń od razu uległ samozapłonowi. Przynajmniej tyle Protazy umiał. Stał tak jeszcze ileś czasu, zanim żar, doszedłszy do filtra, zaczął parzyć jego wargi. Nadal jednak patrzył się bezrefleksyjnie w czasoprzestrzeń. Dźwięki nasiliły się. Wszystkie brzęki, stukoty, szelesty i melodie Protazy odczuwał teraz bardziej. Już wiedział, że na pewno przesadził z natężeniem świadomości. Zamknął oczy.
Gdy je otworzył, a raczej otworzyła, nie była już Protazym. Rozejrzała się. W niewielkiej sypialni panował półmrok. Zegarek na regale wskazywał trzecią nad ranem. Obok stała litrowa butelka wódki, która w jeden wieczór została opróżniona prawie w całości. A obok butelki - dwa kieliszki. Nagle do Eufemii dotarło ciepło bijące od osoby leżącej obok. Była to jedna z jej wielu kochanek - Leonia. Od kobiety śmierdziało alkoholem i wymiocinami. Eufemia poprawiła jej koc i delikatnie pocałowała ją w czoła przy okazji gładząc jej długie, przetłuszczone włosy, a następnie wstała. Wiedziała, że już nie zaśnie. Ani, że nie da rady znów pogrążyć się w natężeniu świadomości, by ponownie zostać Protazym i być może spotkać K. To wszystko było jej dane - jeszcze kiedyś, w niedalekiej przyszłości. Nie dziś. Nie tej nocy. Jedyne, co teraz mogła uczynić Eufemia to albo czuwać do rana, albo znaleźć resztki marihuany i zapalić blanta. Nie miała ochoty na wódkę. W grę wchodziły co prawda jeszcze benzodiazepiny, ale w związku z dużą ilością wypitego wcześniej alkoholu... cóż, mogłoby się to nieciekawie skończyć.
Tak więc nasza bohaterka postanowiła wyjść na balkon i zapalić papierosa. I tak czekać, aż powita ją świt.
