Prolog

127 10 4
                                        

Spojrzałam na kalendarz, który wisi na mojej tablicy korkowej, która znajduje się nad moim biurkiem naprzeciwko mojego łóżka, na którym w tym momencie, pozornie można uznać, że tylko i wyłącznie na nim leżę...

Ale ja również rozmyślam, jak to mi się często zdarza...

Dzisiaj padło na życie... W rozmyślaniu przeszkodziły mi ciche pojękiwania mojej matki w pokoju obok, ale rozum mi podpowiadał, że mam nie zwracać na to uwagi, bo mi się jeszcze oberwie.

Życie. Niby takie krótkie słowo, ale bardzo wartościowe.

Dla innych krótkie, dla drugich długie, a dla jeszcze innych to słowo pełne bólu i smutku.

Dla mnie to ptak, który szybuje pośród chmur.

Leci w górę, czasami mu się zdarza, że leci prosto przed siebie, a często, a nawet za często leci w dół. Upada. Umiera.

A wtedy zmartwychwstaje i ponownie leci w górę, tylko że tym razem ostrożniej i racjonalniej.

Upadłam po śmierci mojego ojca. Umarłam.

Teraz powoli zmartwychwstaję, lecz jeszcze nie do końca.

Muszę się uwolnić.

Ale skąd?

Dokąd?

Od ojczyma i matki.

Do mojego życia.

Aby nikt mną nie kierował.

Abym nie była czyimś pracownikiem.

Abym odżyła,

poczuła smak życia, które zostało mi odebrane na rok.



"Laura"Where stories live. Discover now