Rozdział 1

43 1 0
                                        



Stałam i gapiłam się tępo na zegar umieszczony na przeciwległej ścianie Sali numer piętnaście. Monika spóźniała się już dwadzieścia minut. Jakież to dla niej typowe. Monika Kwiatkowska, długonoga blond bogini o niebieskich oczach i lekko falowanych włosach sięgających ramion z zawsze idealnym makijażem i nienagannym strojem, przewodnicząca naszej klasy- a prywatnie- również moja najlepsza przyjaciółka nie należała niestety do osób punktualnych. Taka już była, wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt nie próbował nawet tego zmienić. To tak jakby nakazać słońcu przestać wschodzić o świcie. Mało wykonalne. Mimo tego była najsłodszą osobą jaką kiedykolwiek spotkałam i pewnie tylko dlatego nasza przyjaźń przetrwała tyle lat. Jeśli chodzi o mnie nigdy nie byłam... hmm, jakby to ująć... milusia. Na szczęście jej dobroć wystarczała za nas dwie.

Tak więc czekałam na nią w ostatniej ławce pod oknem w sali chemicznej, wśród osób oczekujących na poprawę. Chemia zawsze była moją piętą Achillesa i kiedy tylko spojrzałam do notatek zawsze przed oczami pojawiały mi się mroczki, które doprowadzały do ostrych bólów głowy. Toteż zwykle dawałam sobie spokój z nauką i niestety zawsze kończyło się tak samo. Poniedziałek godzina czternasta trzydzieści- zajęcia dodatkowe z chemii. Z Moniką umówiłam się pół godziny wcześniej, ponieważ miałyśmy omówić moje przyjęcie urodzinowe. Dwudziestego pierwszego marca kończyłam szesnaste urodziny. Co oznaczało w tradycji naszego miasta ogromną imprezę, na którą zapraszało się wszystkich ludzi w wieku od szesnastego do dziewiętnastego roku życia, nie ważne czy się ich znało czy też nie. Do tego „wielkiego'' dnia , przepełnionego stosami alkoholu, niezdrowej żywności i par obściskujących się gdzie popadnie zostało mi tylko pięć dni więc należało się zacząć solidnie przygotować. Monika wyliczyła że przyjdzie około sto osób. Na szczęście nasze podwórko było całkiem spore i nie musieliśmy się martwić o przestrzeń. Jedyne o co trzeba było się modlić to aby impreza skończyła się w miarę szybko i bez konieczności wzywania policji, co zdarzało się w osiemdziesięciu procentach przypadków, ale na pewno nie pozwolę na to na mojej imprezie. Gdyby moi rodzice dowiedzieli się co działo się w i domu podczas ich nieobecności miałabym szlaban dłuższy niż całe moje życie. To że wyjeżdżają akurat podczas moich urodzin na spotkanie finansowe na drugi koniec kraju graniczy z cudem. Co prawda mama nie jest zadowolona że opuszcza mnie podczas tak ważnego święta, ale szczerze nawet nie ma pojęcia jak bardzo jestem im wdzięczna. Tak bardzo ułatwiają sprawę. Jedynym problemem, i to na prawdę poważnym jest moja sąsiadka. Pani Kamińska, znana z tego że wie po prostu wszystko o wszystkich mieszkańcach miasta. Kiedy z kim i gdzie byli, w jakim celu i jak długo. Niema czegoś co mógłbyś przed nią ukryć, a mi jako dziewczynie mieszkającej na wprost jej domu raczej ciężko będzie utrzymać w tajemnicy głośną , stuosobową imprezę, odbywającą się nocą. Kiedy wciąż myślałam nad możliwie najlepszym sposobem rozwiązania tego problemu w drzwiach pojawiła się nauczycielka chemii, pani Michałowska a tuż przed nią przemknęła Monika i szybko podbiegła do naszej ławki.

-Hej- rzuciłam trochę od niechcenia. Byłam już bardzo zmęczona a dodatkowa godzina chemii wcale nie poprawiała mi humoru.

-Cześć kochanie- odpowiedziała przyjaciółka z uśmiechem który praktycznie nigdy nie schodził jej z twarzy a mimo tego wcale nie wyglądała głupkowato.- Oh, widzę że kipisz entuzjazmem.

- Yhym- mruknęłam i położyłam głowę na zimnej, zniszczonej szkolnej ławce. Tak bardzo chciało mi się spać, ze gdyby nie zgryźliwy głos pani Michałowskiej na pewno pogrążyłabym się w śnie.

-Czy ja ci dziecko nie przeszkadzam? – nauczycielka w wieku czterdziestu lat świdrowała mnie wzrokiem spod olbrzymich okularów, które wyglądały dziwacznie i w połączeniu z jej nieskazitelnie upiętym kokiem nadawały jej twarzy malutki wygląd.

-Przepraszam- bąknęłam i poczułam że na mojej twarzy wypełza rumieniec. Podniosłam głowę i popatrzyłam w okno. Nauczycielka ponownie wróciła do wygłaszania planu przebiegu jej zajęć w najbliższych tygodniach a ja utkwiłam wzrok w mężczyźnie stojącym na parkingu. Mógł być w wieku trzydziestu lat. Być może nigdy bym go nie zauważyła, gdyby nie jego wygląd. Ubrany był w idealnie dopasowany czarny garnitur a na oczach miał okulary przeciwsłoneczne, mimo że o tej porze roku słońce było jeszcze łaskawe i można było spokojnie obejść się bez nich. Spośród spieszących się zewsząd dzieci i dorosłych on jeden stał przy czarnym nowoczesnym samochodzie. Niestety nie znałam się na markach, ale wiedziałam, że z pewnością nigdy nie będzie mnie stać na takie cudo. Ale to nie wszystko. W postawie ciała tego człowieka było coś, jakby wystudiowana duma , zachowywał się jak gdyby nie zauważał niczego poza obiektem w jaki się wpatrywał. Niczym głodny drapieżnik oczekujący pierwszej od dłuższego czasu ofiary. A tym obiektem byłam ja. Nawet mimo tego że nie widziałam jego oczu, byłam tego pewna. Nagle poczułam, że Monika szturcha mnie łokciem, z ociąganiem odwróciłam wzrok od dziwnego faceta i już zamierzałam spytać ją o co chodzi kiedy napotkałam ponownie tą parę oczu patrzących na mnie z gniewem. No super, znowu podpadłam.

-Obawiam się panno Piotrowska, że uczestniczenie w moich zajęciach jest dziś dla pani niemożliwe. Proszę przyjść za tydzień kiedy będzie pani na to gotowa. Jedyne co trzeba było wiedzieć w naszej szkole to, to że jeżeli pani Michałowska kazała wyjść z klasy to najbezpieczniej było po prostu wyjść. Toteż spakowałam swoje rzeczy, szybko pożegnałam się z przyjaciółka, która rzuciła mi współczujący uśmiech i w milczeniu wyszłam z klasy. Szybko zbiegłam po schodach do szatni, zarzuciłam kurtkę i wybiegłam ze szkoły. Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie było ani tajemniczego nieznajomego, ani jego auta. Podpięłam słuchawki do telefonu , puszczając jeden a ulubionych utworów Lorde- Yellow Flicker Beat i ruszyłam do domu. Po drodze nie czekały na mnie żadne niespodzianki. Wchodząc do domu uderzył mnie zapach smażonego mięsa i czegoś jeszcze ,czego nie potrafiłam zidentyfikować. Rodzice uparli się aby ugotować mi obiad na tydzień i oczywiście w ogóle nie zwrócili uwagi na moje przekonywanie, że w życiu nie zjem takiej ilości jedzenia. Niestety nikt mnie nie słuchał, wyjeżdżali już jutro i musieli „dobrze mnie zaopatrzyć''. W domu mieszkałam sama z rodzicami. Miałam jeszcze dwie siostry, które nie dawno rozpoczęły naukę na studiach i wyjechały do większego miasta. Nikola sama w domu? Na pewno umrze z głodu! Oto właśnie tok myślenia mojego ojca. Tak więc zostało na tym że otrzymałam pełną lodówkę jedzenia, pieniądze na przeżycie tygodnia i przestrogę by dobrze się zachowywać podczas ich nieobecności. 

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: May 15, 2016 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

PotomkiniStories to obsess over. Discover now