Prolog

13 2 1
                                        

Środkiem ulicy szła znana w tej miejscowości aż za dobrze skandalistka. Miała niebieskie włosy, okulary przeciwsłoneczne w kształcie oczu kota, gorsetową bluzeczkę, krótką spódniczkę cheerliderki i buty na niebotycznych szpilach. Stanowiła duży kontrast przy jej przyjaciółce, która nieśmiało truchtała za nią. Dziewczyna miała brązowe włosy i duże, orzechowe, przestraszone oczy, biały mundurek szkolny, ołówkową spódnicę i czarne, wygodne balerinki.
— Jolie, mogłybyśmy iść chodnikiem, proszę? – Anne z niepokojem patrzyła na idącą przed nią przyjaciółkę z jaskraworóżową torbą do szkoły przerzuconą przez ramię.
Jolie zatrzymała się, odwróciła się przodem do Anne, która omal na nią nie wpadła, uniosła okulary przeciwsłoneczne, odkrywając piwno-zielone oczy i nie przestając żuć różowej gumy balonowej rzuciła:
— Luz, Anne. Nic nam się przecież nie stanie. Ta ulica jest zamknięta od wieków, była czynna ostatnim razem jak żyły dinozaury i nasi starzy. – Jolie rzuciła przyjaciółce beztroski uśmiech.
— I właśnie o to chodzi, ta ulica jest ZAMKNIĘTA. Również dla nas.
— Anne, uspokój się. Zasady są po to, aby je łamać. Można tędy chodzić, zapewniam cię. – Jolie założyła z powrotem okulary na nos i znów zaczęła iść niespiesznym, wprawionym do chodzenia na obcasach krokiem do szkoły. Przerzuciła wymodelowane, kręcone włosy na prawe ramię.
— No, jakoś tu nikogo nie widzę, żeby sobie spacerował. Mówię ci, Jolie, jeśli ktoś tędy chodzi to jedynie złodzieje i gwałciciele. – Przerażona tą myślą, uczepiła się lewego ramienia Jolie, tego, którym niebieskowłosa pisała.
Jolie jedynie na jej słowa przewróciła ukrytymi pod okularami przeciwsłonecznymi oczami. Do szkoły dotarły dziesięć minut przed dzwonkiem, natykając się na chłopaka James'a, który kochał się w Anne. Czarnowłosy, piegowaty chłopak o szaroniebieskich oczach ukrytych pod okularami w metalowych oprawkach uśmiechnął się do Anne promiennie i powiedział:
— O, Anne. Hej... Pięknie dziś wyglądasz... Jak zawsze.
— Mną się nie przejmuj, spoko. – Jolie wywróciła oczami i wyciągnęła telefon, aby zacząć stukać esemesy. Po chwili odeszła od nich kawałek, wpatrzona w ekran swojego dotykowego telefonu.
— Jolie... – Powiedział nieśmiało uśmiechnięty James i uniósł niezdarnie rękę w geście przywitania, lecz ona zbyła go machnięciem ręki obwieszonej złotymi, pobrzękującymi bransoletami. Wskazał na nią, bezradnym gestem, a Anne pokręciła z uśmiechem głową.
— Hej, James. – Westchnęła z uśmiechem. Anne naprawdę nie zdawała sobie sprawy z maślanego wzroku chłopaka, kiedy na nią patrzył, albo po prostu nie przyjmowała tego do wiadomości. Chcąc jakoś zakończyć zapadniętą między nimi ciszę, postanowiła usprawiedliwić przyjaciółkę. – Jolie... Ma dziś zły dzień, nie przejmuj się nią.
W tym samym czasie do niebieskowłosej podszedł chłopak o dwa roczniki starszy, a ona zaczęła z nim bezwstydnie flirtować. Anne zagryzła wargę i powiedziała żeby może już weszli do środka, bo niedługo lekcje.
***
Anne po lekcjach poszła do domu, w którym zastała samą mamę. Przywitała się z nią i poszła na górę odrobić lekcje. Potem zeszła na obiad, zjadła, wróciła na górę i usiadła w głębokim fotelu i na parę godzin się zaczytała. Potem zeszła na kolację, tym razem już z tatą, porozmawiała z rodzicami, poszła wziąć prysznic i przebrała się do snu.
Anne otworzyła okno, ponieważ było wyjątkowo gorąco. Do pokoju wpadł podmuch lodowatego wiatru, więc szybko je zamknęła. Zdjęła swoją 'szczęśliwą' bransoletkę, jedyną ozdobę, którą nosiła, nie licząc złotego medalika z wizerunkiem Matki Bożej. Westchnęła, pogładziła swoją zwyczajną, skórzaną bransoletkę zaplecioną w warkoczyki i schowała ją do szkatułki, jakby była nie wiadomo jaką nabożnością.
On patrzył na to wszystko, przewiercając ściany wzrokiem, obserwując z wierzchołka sosny z lasku przy jej domu. Już niedługo, obiecał sobie, już niedługo wessę jej duszę i pogrzebię na zawsze razem z innymi...
***
Anne przed wyjściem ze szkoły zjadła jeszcze tosta i wypiła kubek ciepłej kawy.
— Idę do szkoły, mamo!
W odpowiedzi dostała tylko zaspane "Mhmmm..." mamy, dobiegające z kuchni. Pokręciła z uśmiechem głową i wyszła z domu. Nagle drogę przebiegł jej jelonek, z którego nogi sączyła się krew. Anne, niemogąca patrzeć na krzywdę żadnej żywej istoty, od razu pobiegła za nim i krzyknęła:
— Poczekaj!
Znalazła się daleko od trasy prowadzącej do szkoły i wiedziała, że Jolie będzie się martwić, że jej nie ma, o ile w ogóle przyjdzie do szkoły. Anne przedzierała się przez gęstwinę lasu, idąc śladem zrobionym z krwi jelenia. Po chwili jednak ślady się zmieniły; nie wyglądały jakby jeleń szedł, ale... jakby coś go ciągnęło po ziemi. Anne wyszła na środek jakiejś polanki i rozejrzała się. Dzień był wyjątkowo pochmurny, a na polankę padało jedynie światło o odcień jaśniejsze od panujących wokół ciemności. Nagle Anne usłyszała szelest liści. Obejrzała się, spodziewając się ujrzeć krwawiącego jelenia, ale jej oczy zetknęły się jedynie z ciemnością.
— Halo...?
Nagle w piersi poczuła przeszywający ból i zobaczyła tkwiący w niej nóż. Wrzasnęła i upadła, lecz nie umierała. Ostatnim, co zobaczyła, była okropna twarz, uśmiechająca się nad jej ciałem. Potem była ciemność.
***
Jolie właśnie szła do domu Anne, ponieważ nie zjawiła się dziś w szkole. Ona sama też zresztą była w niej tylko przelotem, na pierwszej lekcji, czyli muzyce. Teraz stała pod drzwiami domu najlepszej przyjaciółki i naciskała dzwonek, którego dźwięk zawsze ją śmieszył.
— Nie śmiej się! – Mówiła zawsze Anne. – To Mozart, wybitny kompozytor.
Wtedy Jolie zawsze śmiała się jeszcze głośniej, ale teraz nie było jej do śmiechu. W drzwiach zobaczyła mamę Anne, której uśmiech zamarł na ustach, kiedy ją zobaczyła.
— Jolie... Czy coś się stało?
— Czy jest w domu Anne? – Zapytała bez owijania w bawełnę.
— Nie, przecież była dziś w szkole. – Pani Justwood uśmiechnęła się czarująco. – Chyba nie chciałaś jej wziąć na wagary, co?
Jolie do ostatniej chwili zachowywała spokój, cierpliwie i uprzejmie odmówiła zaproponowanych przez mamę Anne ciasteczek i kawy i miała na twarzy uśmiech aż do zamknięcia przez panią Justwood drzwi. Potem w sercu poczuła dziwne ukłucie strachu, a lada chwila popędziła do lasu obok domu Anne, tknięta przeczuciem. Tam biegła około piętnastu minut, aż natknęła się na plecak przyjaciółki. Biegła dalej.
— Anne?!
Kolejny kwadrans później znalazła się na małej polance. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to kształt odcinający się na pasie zielonych roślinek i paproci. Drugie, co rzuciło jej się w oczy, to, że jest to dżinsowa kurtka Anne.
Podbiegła do niej z krzykiem i wrzasnęła jeszcze głośniej, gdy zobaczyła bladą twarz przyjaciółki i tkwiący w jej piersi nóż. Nie zastanawiając się, zaczęła szukać w torbie telefonu i zadzwoniła na pogotowie, opisała zdarzenie i potem na policję, mówiąc prawie to samo.
Kiedy pogotowie w końcu dotarło na miejsce, ujrzało płaczącą rzewnie Jolie, pochylającą się nad ciałem Anne. Nikt nie wiedział, że z cienia obserwuje ich postać, o skórze czarnej jak węgiel, oczach równie czarnych, o czarnym białku, czarnej tęczówce i czerwonej źrenicy.

















Kamu telah mencapai bab terakhir yang dipublikasikan.

⏰ Terakhir diperbarui: Feb 28, 2016 ⏰

Tambahkan cerita ini ke Perpustakaan untuk mendapatkan notifikasi saat ada bab baru!

BransoletkaTempat cerita menjadi hidup. Temukan sekarang