I

41 3 3
                                        


       Siedziałam na zimnych, kamiennych schodach popijając jeszcze ciepłą herbatę. Padał ulewny deszcz, ale mi zupełnie to nie przeszkadzało, a wręcz cieszyłam się z niego. Nie było widać moich łez, które to jedna za drugą wciąż spływały po moich chomikowatych policzkach. Zacisnęłam zęby, bo w końcu tak niewiele mogłam zrobić, aby je powstrzymać.  Wstydziłam się płakać, a takie warunki pogodowe były ukojeniem. Tyle we mnie cierpienia i żalu. Nie chciałam żeby ktokolwiek zobaczył co się ze mną dzieję, a ja nie potrafię kłamać. Dla mnie liczy się najbardziej szczerość, nawet najgorsza, ale zawsze szczerość. To drogi dar, dlatego nie powinien mnie rozczarować jej brak w przypadku tanich ludzi.
       Nie mogłam rozmyślać zbyt długo, ponieważ za chwilę z domu w swoich żółtych kaloszach oraz niebieskim płaszczyku przeciwdeszczowym wybiegł radośnie mój młodszy brat. Przetarłam łzy, ale on je zauważył. Był bardzo inteligentnym chłopcem. Nie wykazywał się swoją bystrością czy niezwykłą umiejętnością liczenia. W przedszkolu niczym się nie wyróżniał. Zwykły chłopiec, którego pasjonowały samochodziki i kochał się nimi bawić. Tylko tyle. Ale był bardzo dojrzały jak na sześć lat. W życiu potrafił wiele, a szczególnie najważniejsze było dla mnie, że zawsze wiedział jak mnie pocieszyć. Nawet nic nie mówiąc potrafił zdziałać cuda. On nie ma pojęcia, jak wiele dla mnie znaczy.
       Podszedł do mnie i zapytał się mnie czy nic się nie stało. Oczywiście, że skłamałam. Przecież nie mogłam powiedzieć, że jest źle, a nawet bardzo. To tylko dziecko, które ja powinnam wspierać. Jemu należy się wspaniałe dzieciństwo. Co miałby ode mnie usłyszeć? Że ojciec znowu był agresywny wobec matki, że moi przyjaciele odwrócili się ode mnie po incydencie w szkole, gdzie uderzyłam koleżankę? Należało się jej, zdecydowanie przesadziła ze swoimi słowami, a to one ranią mnie najbardziej. Na ból fizyczny już się uodporniłam. Może nie jestem najlepsza, ale nie powinna mówić że jestem głupia czy nic nie warta. Wiem sama najlepiej na ile mnie stać. Ona tylko mi się przyglądała z daleka, nie znając moich słabszych czy mocniejszych stron. Mimo wszystko nie powinnam sobie zawracać nią głowy. Przemoc to jedyne rozwiązanie, jakie przyszło na myśl. Teraz tak siedząc i moknąc w strugach deszczu najważniejsze było to, że w jedną chwilę wszystko zniknęło. Poczułam się wolna. Mój brat miał w sobie coś, czego nie potrafiłam nazwać. Sprawiał, że mogłam normalnie funkcjonować, myśleć czy żyć. Problemy rozpryskiwały się po chwili w powietrzu niczym bańki mydlane przy tym lekko się unosząc. Ale bańki nie wracają. Rozbijają się i wkrótce o nich zapominamy, nawet jeśli pozostaje po nich ślad, nie ma ich. Moje problemy i smutki wracały. I to było najgorsze.
       Przytulił mnie mocno, pocałował swoimi małymi dziecięcymi ustami w policzek i pobiegł się bawić. Był bardzo kochany i wiele dla mnie znaczył. Nikt nie był dla mnie taki jak on. Rodzina jednak jest rodziną. Przyjaciele są, ale jutro może ich nie być. Nasi bliscy będą zawsze, tylko ich się nie wybiera. Niektórzy są warci nas, niektórzy mniej. Ja mogłam polegać tylko na rodzinie. Na niej się nie zawodziłam, a w szczególności na mojej ciotce. Zawsze mogłam do niej pójść, porozmawiać a ona, niczym najlepsza kumpela, zawsze mi doradzała. Była moją jedyną codzienną myślą, nadzieją, ucieczką, przed tym strasznym domem, gdzie ojciec był tak agresywny, że czasami nie wytrzymywałam. Nie miałam sił patrzeć na to, jak robi matce coraz to nowe siniaki, jak bardzo ją krzywdzi. Za każdym razem gdy podnosił na nią rękę, cichutko płakałam usiłując się powstrzymać przed większym wybuchem, żebym również przypadkiem nie dostała. Chciałam ją obronić, ale nie potrafiłam. Byłam zbyt bezsilna i głupia. Szłam wtedy do łóżka i próbowałam zasnąć. To był jedyny sposób by przetrwać noc. I tak za każdym razem. Najgorsze były poranki, gdy wstawałam, ojca nie było, matka spała na kanapie, natomiast przy ścianie były plamy krwi a na podłodze potłuczone szkło i przewrócone przedmioty. Rano prędko sprzątałam i ścierałam ślady krwi zanim wstał mój sześcioletni braciszek Kacper. Nie wyobrażam sobie tego, że mógłby to zobaczyć. Chciałam mu zapewnić normalne dzieciństwo, żeby on miał coś, czego ja nie miałam i zawsze chciałam mieć. Dawniej bardzo często zadawałam sobie standardowe pytanie „dlaczego ja?", ale już przestałam. Może tak ma być, może życie daje mi kolejną lekcję. Nie widziałam sensu w rozgrzebywaniu tego, co się dzieje tutaj. Myślę, ze gdybym to zrobiła mogłabym stracić siłę, którą w całości poświęcałam bratu.
- Jestem głodny – powiedział Kacperek szarpiąc mnie lekko za bluzę oraz charakterystycznie się przy tym uśmiechając – zrobiłabyś mi może coś do jedzenia?
- Oczywiście, za chwilkę Ci coś przygotuje – odparłam bez chwili zastanowienia również z uśmiechem starając się przy tym, aby był on równie szczery i szeroki jak jego. Po odłożeniu pustego już kubka po herbacie zabrałam się prędko i bez wyraźnego asumptu do robienia kanapek. Otworzyłam lodówkę i jak zawsze świeciła pustkami. W jej środku znajdowało się masło, pasztet oraz kilka prawdopodobnie zerwanych z ogródka poobijanych pomidorów, na półce standardowo kilka piw i niedokończona wódka. Nie interesowało mnie co to za alkohol, jednak po wyglądzie etykiety byłam w stanie stwierdzić, ze był one jednymi z najtańszych. Zwinnie wyciągnęłam to czego potrzebowałam. Przyjemny petrichor wydobywający się zza otwartego okna tłumił nieprzyjemny zapach pomieszczenia oraz pozwolił mi zapomnieć tym okropnym widoku domu który wręcz za mną chodził. Za każdym razem, gdy zamknęłam powieki, miałam go przed oczami. Matka nie tykała się alkoholu, natomiast mój ojciec był właściwie od niego uzależniony. Od niego słyszę ze możne w każdej chwili z tym skończyć, ale po prostu czasem lubi sobie wypić. Najbardziej bolesne jest to, ze nigdy nie kończy się na jednym piwie czy kieliszku wódki, a większa ilość robi z niego potwora.
       Gdy kanapki były gotowe, przekroiłam je na mniejsze robiąc z nich kanapeczki i podałam je bratu na talerzyku kładąc na stary, drewniany stół w kuchni. Miło było patrzeć jak zjada je ze smakiem, chociaż w głębi duszy wiedziałam ze jedzenie które dostał nie było szczytem jego marzeń. Mieszkaliśmy w Rewalu, nadmorskiej wsi liczącej około tysiąca mieszkańców, gdzie jako piętnastolatka nie miałam szansy na prace, a mój wiek dyskwalifikował jej legalność, wiec nie mogłam zbytnio uszczęśliwić malucha na własną rękę.
       Nasze miejsce zamieszkania było przepisanym w testamencie przez moja babcie oraz pozostawiającym wiele do życzenia małym domem. Miał trzy pokoje, skromną kuchnie, łazienkę oraz długi wąski korytarz. Za budynkiem znajdował się mały i lekko zapuszczony ogródek. Bywałam tam czasem i sadziłam rożne warzywa, które mogłabym wykorzystać do przyrządzania czegoś lepszego lub nie oszukując – czegokolwiek. Bardzo lubiłam gotować więc fakt, ze robiłam to praktycznie zawsze ja aż tak mocno mi nie przeszkadzał.
      Kacper radośnie zjadał przygotowany przeze mnie posiłek i machał nogami siedząc na krzesełku. Chwilę ciszy przerwał nagły huk drzwi, oraz następujący po chwili krzyk.


________________________________
Pierwszy rozdział i mam nadzieję nie ostatni.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Feb 07, 2016 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

"Odzwierciedlenie słabości" Stories to obsess over. Discover now