Wyspa. Ta cholerna wyspa, z której nie da się uciec!!! -wrzeszczałam najgłośniej jak mogłam przy jednym ze swoich regularnych napadów złości. Zresztą raczej i tak nikt mnie nie usłyszy. Bo przecież nie ma przy mnie nawet jednej cholernej osoby! Od prawie roku żywie się jakimiś jagodami z lasu i od czasu do czasu trafi mi się jakaś ryba, którą morze wyrzuciło na brzeg.
Jedyne, co mi pozostało to ta głupia skrzynka z niewielką literką J. i list napisany nieznanym mi charakterem pisma:
"Dasz sobie radę, wiem to. Nie złość się , proszę. Kiedyś to wszystko zrozumiesz."
Ale szczerze nie obchodziło mnie, co pomyślałby sobie człowiek, przez którego znajduję się tutaj! Co on sobie wogóle myślał pisząc ten list?! Jeśli oczekiwał że będę mu wdzięczna za to, że każdego dnia walczę o życie to się grubo mylił! Kimkolwiek jest nierozumie, co to znaczy tkwić w miejscu przez niespełna rok bez jakiegokolwiek wsparcia! Na wyspie musiałam robić wszystko bez niczyjej pomocy. Zostały mi tylko resztki nadziei, że może jacyś ludzie ze statku, który zabłądzi na oceanie mnie zauważą, ale na to były raczej małe szanse...
Po kilku minutach moja złość zaczęła opadać. I tak krzyk mi nic nie da. Muszę przetrwać, a to wymaga siły. Później dopiero można myśleć, co robić dalej, gdzie pójść oraz przede wszystkim jak i gdzie uciec z tego miejsca. Nie mam pewności, gdzie bym się znalazła, gdyby udało mi się uciec, ale wiem, że w miejscu lepszym niż to.
