Przez bramy snu przedziera się do mojej świadomości irytujące pikanie budzika. Szukam poomacku telefonu, wciąż nie otwierając powiek. Udaje mi się wyłączyć to nieznośne cholerstwo i ponownie zapadam w półsen w jakim znajduję się już od kilku tygodni. Od kiedy wróciłam ze szpitala. Od kiedy wróciłam, ale już bez niego.
Mój umysł ostrzega mnie, że to niebezpieczny temat, nie warto do niego wracać. Codziennie rano mówię sobie, że rana się już zabliżniła, że może warto wreszcie wstać z łóżka i znowu zacząć żyć. Ale codziennie rano zdaję sobie sprawę, że to jeszcze za wcześnie.
Że ta rana nie tylko się nie zabliżniła, ale że ciągle krwawi.
Że nie potrafię, żyć kiedy jego już tu nie ma.
Wciskam głowę jeszcze mocniej w poduszkę i tłumię szloch, który narasta mi w piersi.
"Nie myśl już o tym, nie myśl. Po prostu śpij."
Próbuję ponownie zasnąć i prawie mi się to udaje, jednak w tym momencie do pokoju wpada moja mama. Poznaję ją po zapachu perfum, który wiecznie się za nią ciągnie.
- Wstawaj, kochanie - mówi. - Przecież uzgodniłyśmy, że dzisiaj wracasz do szkoły.
Szlag. Kompletnie o tym zapomniałam. Ale to i tak nie ma znaczenia, nie zamierzam nigdzie iść. Jęczę na znak prostestu i marzę o tym, żeby pochłonął mnie materac. Mnie i moje beznadzieje życie.
Czuję jak materac ugina się pod ciężarem innego ciała, to mama siada na jego brzegu. Jej ręka gładzi moje rozczochrane włosy, mam ochotę ją odepchnąć, powiedzieć jej, żeby zostawiła mnie tu samą na resztę mojego życia. Ale tego nie robię. Jej też jest ciężko, chociaż tego nie okazuje.
Chciałabym też tak umieć, ale prawda jest taka, że nawet jako dziecko nie umiałam kłamać. Nie potrafiłam ukryć prawdy, ona zawsze była jakby wypisana czerwonym markerem na mojej twarzy.
W przeciwieństwie do niego, on potrafił kłamać jak z nut.
- Kochanie... - zaczyna mama.
- Nie. Nie dzisiaj. Nie jutro. Nie za tydzień. Po prostu nie.
Nie muszę patrzeć na jej twarz, żeby wiedzieć, że jest zaszokowana. To największa ilość słów jaką wypowiedziałam od wypadku.
Mam nadzieję, że teraz zostawi mnie w spokoju, że wreszcie sobie pójdzie i pozwoli umrzeć mojemu ciału tak jak umarła moja dusza.
Ale robi coś czego się po niej nie spodziewałam. Zdziera ze mnie kołdrę stanowczym ruchem i mówi:
- Idziesz do szkoły. Już. Jest siódma więc masz czterdzieści minut, żeby się ogarnąć, potem odwiezie cię tata. Pora, żebyś się wreszcie ogarnęła, nie możesz wiecznie siedzieć zamknięta w czterech ścianach. Twoje życie się nie skończyło, trwa dalej.
"Wolałabym, żeby było na odwrót", myślę, ale nie mówię tego na głos. "Wolałabym umrzeć, jeśli to oznaczałoby, że on ciągle by żył."
Spoglądam na mamę. Czeka na moją decyzję, opierając się o futrynę drzwi. W sumie w tej sytuacji nie ma mowy o żadnej decyzji - podjęcie decyzji jest jednoznaczne z możliwością wyboru, ja go nie mam. Kiedy widzę pełen nadziei wzrok mamy po prostu nie mogę postąpić inaczej.
Wstaję, moje bose stopy odtykają miękkiego puchowego dywanu, ale dla mnie równie dobrze mógłbybyć zrobiony z gwoździ. Kiedy się rozprostowuję czuję jak moje ciało ogarnia ból, czuję potworne ciągnięcie w lędźwiach. Przesuwam po nich ręką i wyczuwam wypukłą bliznę po szwie w okolicach lewej nerki. Lewej nerki, która wcale nie należy do mnie. Wspomnienia powracają. Zbiera mi się na płacz.
"Tylko tyle mi po nim zostało..."
Odganiam od siebie tę myśl. Staram się myśleć o czymś innym. O tym, jak cudnowie pachnie świeże marcowe powietrze, które wpada do mojego pokoju przez uchylone okno. O tym, jak to wspaniale jest móc stać o własnych siłach po kilku dniach ciągłego leżenia. O tym, że on już nigdy tego nie doświadczy.
Nie pamiętam kiedy zaczęłam płakać, ale właśnie wzdaję sobie sprawę, że wstrząsa mną szloch, a po moich policzkach płyną łzy. Nie wiem nawet dlaczego płaczę, z bólu czy ze smutku. Jakby przez mgłę widzę mamę podchodzącą do mnie. Siadam na łóżku, a ona klęka obok i ujmuje moje dłonie.
- Nie płacz - mówi. - Myślisz, że Dean tego by chciał? Żebyś zamknęła się na trzy tygodnie w pokoju? Prawie nic nie jesz. Z nikim nie rozmawiasz. Martwimy się wszyscy o ciebie. Dean też by się martwił.
Boli mnie to z jaką łatwością wypowiada jego imię. Ja nie potrafię tego zrobić nawet w myślach. Ale mama ma poniekąd rację. On by tego nie chciał. Zawsze wyciągał mnie wszędzie na siłę, na imprezy, do centrum albo żeby pobiegać. Nie byłby zadowolony gdyby mnie teraz zobaczył.
- Daj mi pół godziny - mówię mamie. A ona wychodzi i zostawia mnie samą.
Szykuję się do szkoły, a moje ruchy są powolne i mechaniczne. Pakuję pierwsze lepsze książki z szuflady do torby. Wybieram ciemne dżisny z dziurami, czarny T-shirt i bluzę w tym samym kolorze i idę do łazienki, żeby się ubrać.
Tam w lustrze wita mnie moja wychudzona twarz, którą okalają ciemne strąki. Wyglądam jak jakaś czarownica. Spomiędzy rozczochranych włosów patrzą na mnie ogromne zielone oczy. Identyczne, takie same jak u niego. Znowu kuje mnie w sercu. Odwracam się od lustra i zaczynam się ubierać.
Nienawidzę tego jak wyglądam.
Nienawidzę tego, że tak bardzo go przypominam.
Kiedy wchodzę do kuchni tata wita mnie promiennym uśmiechem. Siadam przy stole, a mama stawia przede mną tależ tostów z szynką i szklankę soku pomarańczowego. Mam ściśnięty żołądek, ale jakimś cudem wmuszam w siebie sok i pół kanapki.
Atmosfera przy śniadaniu jest sztuczna. Rozmowa jest wymuszona, wszyscy na siłę starają się wypełnić pustkę którą po sobie zostawił. I przez chwilę, przez bardzo krótką chwilę, wierzę, że wszystko znowu jest w porządku. Ale potem spoglądam na puste krzesło przy stole i śniadanie podchodzi mi do gardła.
- Wszystko dobrze? - pyta tata.
Przełykam ślinę.
- T-tak. Tylko... chodźmy już.
Rodzicie, bracia, wszyscy mierzą mnie wzrokiem pełnym niepokoju.
- Dobrze, tylko dokończę kawę i jedziemy. - Klepie się po kieszeniach w poszukiwaniu czegoś. - Przynieś mi w tym czasie kluczyki od samochodu, powinny być w salonie.
Wstaję i o mały włos nie potykam się o własne nogi. Kluczyki są tam, gdzie mówił tata. Biorę je do ręki i już mam wyjść z pokoju, kiedy coś przykuwa mój wzrok. Na kominku stoi jakaś fototgrafia, nie było jej tu wcześniej.
Podchodzę bliźej i oddech więźnie mi w płuchach, kiedy widzę co przedstawia. To ja i on, jako beztroskie pięciolatki. Bawimy się w piaskownicy. To znaczy ja się bawię, on jest zajęty wcieraniem mi piastku we włosy. I jeszcze ta ramka, ta porcelanowa, którą wspólnie ozdabialiśmy będąc jeszcze w przedszkolu.
Część mnie ma ochotę rzucić tym zdjęciem o ścianę. Część mnie ma ochotę usiąść i płakać nad najbliższą mi osobą całym świecie, nad jedyną osobą, która zawsze mnie rozumiała, nad osobą, która była częścią mnie. Nad osobą, która była moim bratem bliźniakiem.
Patrzę na jego chytry uśmieszek, na nasze rozradowane dziecięce twarze. Wtedy jeszcze ani on, ani ja nie wiedzieliśmy, że pewnego dnia wsiądziemy razem do tego przeklętego samochodu. Nie wiedzieliśmy, że pewnego dnia będziemy mieć wypadek. Nie wiedzieliśmy, że pewnego dnia jedno z nas tak po prostu umrze.
I zostawi to drugie.
Zdjęcie wypada mi z drżących rąk, a ramka roztrzaskuje się na małe kawałeczki.
JE LEEST
Zostawiłeś mnie
TienerfictieSiedemnastoletnia Delancy wciąż nie może otrząsnąć się po śmierci swojego brata bliźniaka, który zginął kilka tygodni temu w wypadku samochodowym, w którym ona także brała udział. Powrót do szkoły, do której razem chodzili jest dla niej jak tortura...
