Rozdział 1.

577 32 13
                                        

6 lipca 1957 roku, festyn dobroczynny w Woolton. Piętnastoletni James Paul McCartney - znany raczej pod drugim imieniem - i czternastoletnia Liliana Styczyńska, pochodząca z Polski pdzyjaciółka McCartneya, oglądali występ miejscowej kapeli.
- Dobrzy są. - Zauważyła dziewczyna.
- Huuh, no tak, dają radę... Lily, ten typ cały czas się na ciebie patrzy! Chyba wpadłaś mu w oko, haha - Wyszczerzył zęby McCartney.
- No co ty? Tylko patrzy.
- Jasne, jaaasne! Uważaj, bo zaraz tam do niego pójdę! - Robił sobie żarty przez cały występ..
Po występie podszedł do nich owy chłopak - John.
- No czeeeeeść, ludziee! - Wyszczerzył zęby. - Jak się bawicie? Pewnie dobrze, haha.
- Tak, dobrze, nawet bardzo. Tylko KTOŚ tu sobie robi jaja ze wszystkiego, prawda panie McCartney?
- Hihihi, ja? No co ty, zwariowałaś? Powaga sto procent, ot co!
- Mhm... Ale jesteście świetni, podobało mi się!
- No wiesz.. Nie wypada mi zaprzeczyć.. - Machnął ręką z miną mówiącą "oh, no przestań, rumienie się". - Jestem John. John Lennon.
- Paul McCartney, a to jest Lily, moja przyjaciółka. Miło nam - Uśmiechnęli się.
- Tak, wiadomo, wszyscy chcą mnie poznać! Sławniejszy od Elvisa, mówię wam! No nic, niestety muszę już iść. Mimi, moja ciocia, powiedziała, że mam wracać od razu po występie.. Nie wiem, ona się boi, że mnie zgwałcą, czy co? Ale zapraszam do siebie, na przykład jutro. Mendips, czyli 251 Menlove Avenue.
- Dobrze, wpadniemy, może coś razem zagramy. - Zapewnił Paul, a John uśmiechnął się i odszedł. - Fajny jest.

***

Mimi, jestem już! - Krzyknął John, wchodząc do domu. - Nie porwali mnie, nie okradli, nie zabili, nie zgwałcili, jestem cały, zdrowy i idę do pokoju, nie wchodź!
- John, obiad. - Powiedziała spokojnie Mimi Smith.
- Nie jestem głodny. Miło, że pytasz.
- Nie, John, chodź na obiad, ale już! - Powiedziała już trochę ostrzej Mimi.
- Dobra, dobra, idę, nie krzycz! - Przewrócił oczami. Kochał Mimi, ale czasem była bardzo irytująca.
- Ja nie krzyczę. Jeszcze.. Ale chyba zacznę, bo do ciebie inaczej nie dociera!
- No dobra, to krzycz. - Rzucił jej wyzywające spojrzenie.
- Ehh, nie mam do ciebie siły, John. Jeśli tak ci zależy, to bierz obiad i idź do pokoju. Ale masz zjeść. - Powiedziała zrezygnowana. Chłopak doprowadzał ją do szału, ale to dobre dziecko. - Jesteś okropny, Johny.
- Zawsze! - Wyszczerzył zęby, posłał jej buziaka i pobiegł do pokoju, oczywiście, zostawiając obiad na stole.

^^^^^^^^^^
To był pierwszy rozdział mojego chorego fan fiction :D Podobny rodzdział jest na moim blogu, ale blog jest denny, haha ** Za błędy - ortograficzne, jak i interpunkcyje - bardzo przepraszam!
No cóż, mam nadzieje, że Wam się spodoba, moi drodzy!
Paulie ^^

SomethingWhere stories live. Discover now