Teraz.

230 14 6
                                        


Stojący przede mną Aaron Bradshaw wyglądał, jakbym złamała mu serce. Być może właśnie i tak było.

Kiedy go pierwszy raz spotkałam, jego brązowe włosy ledwo dotykały brwi, a jego zielone oczy były pełne iskierek. Przeróżnych iskierek. Widziałam rozbawienie, zmęczenie, ciekawość i wiele innych rzeczy, ale głównie widziałam po prostu jego piękne i smutne oczy.
Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że te oczy zmienią kiedyś kolor. Że jego ciało się zmieni. I zmieni się jego umysł, spojrzenie na świat, na ludzi z naszej szkoły, zwykłych przechodniów...a przede wszystkim jego spojrzenie na mnie.
Teraz jego oczy były ciemnozielone, a włosy już nie były lokami. Teraz miał je o wiele krótsze i już nie opadały swobodnie na jego czoło i uszy. Loki zmieniły się w proste, krótkie włosy, które, pod pewnymi kątami, wydawały się być niemal czarne. Miał je lekko zmierzwione, ale i tak wiedziałam, że nie zrobił tego przed lustrem, by komuś zaimponować. Zawsze, kiedy się denerwował, przeczesywał włosy palcami.
Teraz też to robił.
Uniósł dłoń do włosów, ale, nim jego palce wczepiły się w ciemne kosmyki, zawahał się i opuścił rękę. Nie patrzył na czubki swoich butów, czy w niebo. Patrzył we mnie. Nie na mnie, a we mnie, przenikał mnie na wskroś. Tym jednym cholernym spojrzeniem trzymał nie tylko moją duszę, ale i serce.
Ta łatwa i naiwna część mnie, która umie wybaczyć wszystko, chciała do niego podejść. Przeczesać jego gładkie włosy palcami, pogładzić kciukiem jego kark. Przysunąć ciało do jego ciała, poczuć ciepło, które mógłby dać, gdyby tylko objął ją ramionami. Ta miękka część mnie chciała poczuć jego usta, całować je, całować jego policzki, powieki, żuchwę. Chciała wiedzieć i czuć, że mężczyzna, który ją skrzywdził tak naprawdę tu jest, że to nie jest sen, ani żadna halucynacja.
Ta część mnie chciała, by Aaron Bradshaw skrzywdził ją jeszcze mocniej.
Zaś druga ja, ta twardsza, która podtrzymywała tą słabszą po odejściu od Aarona, chciała pokazać mu środkowy palec, wyzwać od dupków, uderzyć w twarz i zwiać stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Coś we mnie krzyczało, bym uciekała od mojego diabła stróża i nie oglądała się za siebie.
Myślałam, że zostawiłam tą część przeszłości za sobą. Byłam w błędzie. Przeszłości nie możesz zostawić za sobą, nie ważne jak bardzo tego chcesz. Jest jak wrzód na dupie, który nigdy nie odejdzie. Może sobie być i trwać. Może być nieszkodliwy. Ale tylko na chwilę, bo i tak i tak kiedyś wróci, by zniszczyć Cię do końca.
Takim wrzodem na mojej dupie był Aaron Bradshaw.
I choć bardzo pragnęłam powiedzieć mu "wybacz mi", nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam, ponieważ Aaron Bradshaw miał na dłoniach krew.




Kochając Aarona Bradshawa.Stories to obsess over. Discover now