✯ Rozdział 13

364 49 6
                                        

   Droga dłużyła się cholernie. Biegłam przed siebie, tracąc oddech, który stał się płytki i dwukrotnie przyspieszony. Czułam się tak, jak bym obiegła Londyn dookoła, ale to tylko pieprzone kilka kilometrów! Może dwa, może trzy... Nie mniej jednak, siły opuściły mnie już w połowie drogi. Spojrzałam na zegarek- dwudziesta czwarta trzydzieści. Wszystko zdawało się stracić sens, więc zwolniłam trochę, a po chwili już jedynie szłam. Wlokłam się ulicami miasta, które wciąż prowadziły na most. Miejsce stało się mi bliższe niż którekolwiek. Nie mam nawet pojęcia kiedy to się stało. Przyszło mi do głowy ,,wszystkie drogi prowadzą na most", bo tak właśnie było w moim przypadku. Wszystkie drogi, wszystkie moje myśli prowadziły właśnie tam.

     W końcu dotarłam. Było tam pusto. Prawie pusto. Dostrzegłam na barierce pewną postać. Postać dobrze mi znaną. To był Bryan. Niepokojąca była jednak pozycja, w której się znajdował. Siedział na samej krawędzi pieprzonego mostu, w ogóle się nie trzymając. Do samego końca nie byłam pewna, czy to on, więc szybkim krokiem podeszłam bliżej. Usłyszałam szloch. Nie pisk, nie ciche łzy, ale prawdziwie męski płacz, wyrywający się gdzieś z głębi. Po chwili westchnął głośno i przesunął się w przód o kolejne kilka centymetrów.

 — Bryan! — wrzasnęłam, a właściwie jęknęłam żałośnie, rzucając się w jego stronę. Dzieliła nas jeszcze jedynie balustrada, albo w tym przypadku 'aż'. — Oszalałeś? — jęknęłam, przekładając ręce przez kraty barierek, po czym przycisnęłam go mocno do siebie.

     Chłopak chwiejąc się wciąż, wstał z miejsca i odwrócił w moją stronę. Ja również podniosłam się z ziemi. Dostrzegłam kolejną łzę spływającą po jego policzku. Nie pozwoliłam mu nawet przejść na moją stronę, bo za chwilę zajęłam jego ramiona, mocno się wtulając. Nie do wiary, że gdybym przyszła chwilę później, już nigdy mogłabym go nie zobaczyć. To miał być koniec. Czułam jak chłopak przyciska mnie mocniej do siebie. Teraz czułam już jedynie radość, zapominając na moment o tym, co mnie dzisiaj spotkało. Bryan potrafił pozbierać kawałeczki mojego serca i posklejać je idealnie, zwykłym uściskiem. Może nie takim zwykłym, ale jednak. Tak niewiele było mi trzeba. Każdy zwykły uścisk w jego wykonaniu był niezwykły. Każde zwyczajne spojrzenie nie było już takie zwyczajne o ile posłane było przez niego. Każde jedno zwykłe słowo stawało się niezwykłym, jeśli jedynie wyrwało się z jego piersi. Stał się moim powodem życia, moim powietrzem, dzięki któremu żyłam.

 — Spóźniłaś się — westchnął dość smutno, po czym niepewnie przeskoczył balustradę. Może wciąż wahał się, czy skoczyć, czy nie skoczyć? Może ja nie byłam jego powodem tak, jak on był moim?

     Ani chwili dłużej nie zastanawiałam się, czy powiedzieć mu prawdę. Teraz już był moim jedynym przyjacielem i wiedziałam, że powinien był wiedzieć. To nie jest obarczanie problemami. Po prostu chciałam być szczera, chciałam móc się komuś wygadać, a Bryan, choć znaliśmy się stosunkowo krótko, był najbliższą mi osobą. To jemu chciałam powierzyć wszystkie swoje sekrety.

 — On nie żyje! — jęknęłam, znowu rzucając się w jego stronę. Moja głowa mocno przywarła do zagłębienia jego szyi, a ręce splotły się za plecami. 

     Teraz to z moich oczu zaczęły wypływać łzy. Zacisnęłam mocno powieki, dając upust emocjom. Chłopak nieoczekiwanie uniósł mnie do góry i usadził na zimnej barierce. Oplotłam go nogami i ścisnęłam jeszcze mocniej, choć przed momentem wydawało się to niemożliwe. On również zamknął mnie w szczelnym uścisku, masując dłonią moje plecy, a policzek oparł na mojej głowie. Nic nie mówił, o nic nie pytał. Po prostu czekał cierpliwie aż emocje opadną. Był najlepszym słuchaczem jakiego znałam. Wreszcie łzy wyschły, a oddech się wyrównał. Bryan ułożył dłonie na moich policzkach sprawiając, że mogłam spojrzeć w jego pociemniałe tęczówki.

 — Straciłam przyjaciela — jęknęłam półszeptem. Na te słowa chłopaka przeszedł ból. Zaczął mi współczuć, co widziałam w jego głębokich, czekoladowych oczach. Zmarszczył czoło. Nie chciałam jednak litości. — Ty też chciałeś mnie zostawić! — warknęłam z wyrzutem. Z całą pozostałą siłą uderzyłam pięściami w tors chłopaka, przez co ten zachwiał się lekko, robiąc krok do tyłu. Ja z kolei zeskoczyłam z balustrady i ruszyłam pewnym krokiem w stronę miasta. Tak naprawdę nie byłam już zła, ale bałam się, że taka sytuacja się powtórzy, a utraty kolejnej i ostatniej bliskiej mi osoby, nie zniosłabym już nigdy więcej.

 — Strasznie mi przykro Noelle — przytulił mnie do siebie, przyciągając ramieniem, kiedy nie wiedzieć czemu, szliśmy w kierunku centrum.

 — Nie musi Ci być przykro — pociągnęłam raz jeszcze nosem, przecierając twarz rękawem bluzy. — Chciałeś o czymś porozmawiać — rzuciłam.

 — Nie. To nieważne — puścił mnie nagle, umieszczając dłonie w kieszeniach. 

 — Jesteś pewien? — zapytałam, zaskoczona jego nienaturalną reakcją.

 — Nie jestem — zatrzymał się nagle, siadając na ławce, którą wówczas mijaliśmy. — Noelle... — zaczął, kiedy oboje usiedliśmy na przeciwko siebie.

 — Tak? — jęknęłam cicho, po czym znowu spojrzałam w jego przepełnione zagadką oczy.

 — Nie wiem, czy to odpowiednia chwila — spuścił wzrok.

 — Odpowiedniejszej nie będzie — powiedziałam pewnie, układając swoje zimne dłonie, na jego splecionych.

 — Kocham Cię — wykrztusił z siebie. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem. Od kiedy spotkałem Cię na tym cholernym moście wiedziałem, że chcę Ciebie. Nie mogłem Cię stracić. Chciałem przyjaźni i dostałem ją, ale przyjaźń przestała mi wystarczyć — syczał, zaciskając pięści, jak by coś sobie zarzucał. — Nie wiem co zrobić, bo jeśli Ty nie czujesz tego samego, to... — przygryzł wargę, wciąż unikając mojego wzroku. Bez chwili zastanowienia, szybkim ruchem zbliżyłam się do niego i złączyłam nasze wargi. Było magicznie, z uczuciem.

     Poczułam przysłowiowe motyle w brzuchu. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia dlaczego, ale to rozszalałe stado sprawiało, że miałam ochotę odlecieć. Z drugiej zaś strony paraliżował mnie strach. Nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie u boku mężczyzny. Wciąż ich nienawidziłam, a jednak umiałam coś poczuć do jednego osobnika tego gatunku. Świat przepełniony jest paradoksami. Nasze wargi wciąż złączone, języki wciąż splecione, tańczyły erotyczny taniec. Oboje pragnęliśmy siebie i swojej bliskości. Bałam się jednak, że każde z nas tę bliskość rozumie zupełnie inaczej. Wiedziałam jedno- chcę tego. Nie miałam nic do stracenia, prócz przyjaźni, która była dla mnie dotąd najważniejsza, ale czy może być coś piękniejszego niż miłość? Chciałam kontynuować i pielęgnować uczucie, które rodziło się w naszych sercach. Ja potrzebowałam jego, a on mnie i to było najwspanialsze.

     Nie musiałam mówić nic, nie musiałam odpowiadać. Pocałunek mówił wszystko. Opowiadał piękną historię, niemal bajkę. Pokazywał wszystko to co czuję, czego chcę. To niezapomniany, nasz pierwszy prawdziwy pocałunek.

     Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, ani przez chwilę nie pomyślałam, że ten szaleniec, który chce skakać razem ze mną, będzie dla mnie kimś tak cholernie ważnym. Patrząc na niego, nie wiedziałam, że to jego twarz będę widzieć, gdy zamknę oczy. Że każda chwila spędzona z nim będzie należała do najpiękniejszych chwil w moim życiu. Słuchając tego co mówił, nie wiedziałam, że jego głos będzie moim ulubionym dźwiękiem, a jednak. Stało się. To uzależnienie.

✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯✯

Dzisiaj trochę krócej niż zwykle, ale... LUDZIE! no w końcu to zrobił! ...ugh, tyle na to czekałam :/

Zapraszam na facebooka: www.facebook.com/trocheprawdyozyciu

Liczę na góóórę gwiazdek i komentarzy. Sami wiecie jak bardzo to motywuje do pisania kolejnych rozdziałów :* ilyssm


Once Upon a TimeWhere stories live. Discover now