Rozdział 5

608 20 0
                                        

Niebo nad krajem nocnych łowców zaczęło się ściemniać, chmury spowijały horyzonty a kolorowe liście na drzewach szarpane przez wiatr unosiły i spadały bezwładnie na ziemię jak garść konfetti. Clary siedziała właśnie na parapecie w swoim pokoju, ostatnim, w rzędzie wielu pomieszczeniń w długim korytrzu na drugim pietrze w domu Aline. Przespała cały dzień i wiedziała z niego tyle , że wszyscy (oprócz Magnusa) byli teraz w Gard bolała ją głowa po za tym bardzo chciała towarzyszyć Jace'owi przed radą bo przecież w całym zamieszaniu chodzio o nią. Ale on się uparł, żeby została. Wszyscy się uparli a ona nie miała ochoty na kłótnie ani na uciekanie z domu przez okno bo na dole, siedział przecież Magnus. Każda minuta straszie jej się dłużyła z każdą chwilą przez głowę przebiegały jej nowe scenariusze każdy gorszy od poprzedniego. A co jeśli rada będzie chciała sprawdzić czy mówi prawdę mieczem anioła? A co jesli mu nie uwierzą i zamkną za kłamstwo? Już raz tam był... Już raz był w lochach tylko że wtedy w mieście kości.. On nie zniósł by tego drugi raz, Clary też nie. Tamtej nocy tej jednej z najmroczniejszych nocy Valentine przyszedł do Jace'a, wybił cichych braci i ukradł miecz anioła.. Teraz Valentine już nie żył ale Clary wiedziała, że te wszystkie wspomnienia nadal dręczą Jace'a.
***
Nad Gard już zapadł już zmrok kiedy wszyscy wyszli na główny plac. Jace i Alec wyszli jako ostatni.
- Pójdę.
- Jace.. Jace Clave powiedziało, że nikt nie pójdzie.
- Tak, nikt nie pójdzie i zostawiamy królowej Fearie wolną rękę dla współpracy z Lilith. Myśl trochę. Albo ja albo Clary, wiesz jaka jest odpowiedź, bo tylko jedna odpowiedź istnieje.
- Ale Jace...
- Nie.
I odszedł w stronę drogi równoległej drodze prowadzącej do domu Aline.
***
- I Jace chce tam iść. Nasz Jace chce sam z własnej woli oddać się królowej?
- Tak. Isabelle, wiesz jaki jest Jace. Wie, że za niedługo będzie taki jaki był kiedyś, boi się tego, chce nas chronić, chce chronić Alicante, Clave, Nocnych Łowców ale przede wszystkim chce chronić Clary.
- No tak, rozumiem ale on nie może tam pójść..
- Wiem.
- I nie pójdzie. - szepnęła do siebie Clary zza drzwi za którymi stała. Wiedziała, że nikt nie może jej zobaczyć, usłyszeć, ani przed świtem zauważyć, że nie ma jej w domu kuzynostwa Lingwood'ów. Nie mogła zejść na dół bo właśnie tam spał skłócony z rodziną Robert.
Mimo wszystko coś musiała zrobić. Miała trzy opcje, a każda bardziej nieprawdopodobna od drugiej. Mogła otworzyć bramę w pokoju ale wtedy ktoś w domu mógłby przedwcześnie zorientować się co robi. A nikt nie mógł jej zauważyć. Mogła też wyjść przez okno i otworzyć bramę gdzieś w Alicante. Ale wtedy też ktoś mógł ją zobaczyć. Tym bardziej, że wszyscy w Idrisie wiedzieli kogo oczekuje królowa Fearie. Musiała wprowadzić w życie trzecią opcje plan C. Wyjść oknem pójść do Gard i tam porozmawiać z nową przedstawicielką wampirów Lorey. Ona była jedyną szansą na przejście Clary przez bramę tak, by nikt się nie zorientował. Wiedziała, że nikt nie mógł wiedzieć że poszła tam zamiast niego. Wiedziała też że on będzie chciał tam iść. Musiała być szybsza i skuteczniejsza.
Wciągnęła z plecaka swój strój nocnego łowcy, stelę, i miecz anioła - miecz Valentina i siadającnaze zewnętrznej stronie parapetu zamknęła oczy i zobaczyła list pożegnalny. List który napisał dla niej Jace tej samej nocy której postanowił biec za Sebastianem. Tej samej pięknej acz okrutnej nocy kiedy stanął w jej oknie późną nocą. W tym samym pokoju gdzie Później jej przyszło zmierzyć się z bratem. Te wspomnienia bolały ją bardzo mocno.
- Przepraszam Jace.. - szepnęła. I skoczyła z drugiego piętra, lądując zgrabnie na piętach i podpierając się na dłoniach. Wstała z gracją przecierając ręce o siebie. Pobiegła, biegła tak szybko że nawet nie zwracała uwagi na mocny jesienny wiatr czy plączace sie między nogami rozwiązane sznurówki jej butów. Biegła pustymi uliczkami Alicante aż na plac główny na którym znajdowało się Gard. Zatrzymała się tuż przed fontanną, zawiazała sznurówki w supły, naciągnęła kaptur na głowę, rozejrzała się dokoła i podeszła pod drzwi budynku. Pewną ręką stawiła opór klamce i weszła do pomieszczenia. Było jasno i przestronnie tak jak zawsze. Rozejrzała się do okoła. Stała przy wejsciu dobre pięć minut aż usłyszała odgłos stukania szpilką o posadzkę. Lorey. Piękna, długo noga blondynka o czerwonych, hipnotyzujących ale nadal pięknych oczach. Jej surowa uroda powalała na kolana każdego. Była idealna. Jej wyostrzone rysy twarzy nie zmywały z niej delikatności. Jej bladość podkreślała wzniesienia i dołki na jej twarzy. Duże, czerwone usta pełne i delikatne jak płatki róży mimo iż były twarde niczym marmur. Długie do pasa idealnie proste blond włosy opadały delikatnie na jej twarz. Jej mały nosek uwydatniał urodę. Na jej twarzy nie było żadnej, nawet najmniejszej skazy.
- Clarissa Morgenstern.
- Lorey.
- W całej okazałości. - uśmiechnęła się z pogardą. Jej mina świadczyła o tym, że chciała mówić dalej. - A więc, co Cię tutaj sprowadza? - w każdym jej słowie w każdym geście kryła się nuta tajemniczości i przebiegłości co przyprawiało Clary o dreszcze.
- Królowa Fearie.
- Oh głupia. Co sprowadza Cię.. - zrobiła przerwę - Do mnie?
- Ta sama sprawa, Lorey. Muszę iść. Królowa chce mnie a nie Jace'a. Muszę iść, jesteś moją jedyną nadzieją, żeby Jace nie dowiedział się o sprawie.
-Co dostanę w zamian? - Uśmiechnęła się z przekąsem
- Co tylko chcesz. - Zaryzykowała
- Chce.. Pięknie pachniesz..
- Oddam Ci moją krew jeśli chcesz ale...
- Nie, nie - ucieszyła ją gestem. - Chce tylko odrobinkę Twojej krwi, odrobinę. Ale jest coś jeszcze. Coś cenniejszego.
- Tak?
- Jace.
- Chcesz krwi Jace'a?
- Nie, głuptasie. Chce Jace'a.
- Ale co? Jak? - spytała z niedowierzaniem Clary.
- Masz mi go oddać. Jace, ma być mój, rozumiesz? Mój nie Twój. Nie powiem mu że tutaj byłaś i gdzie będziesz już wtedy kiedy zapyta ale chłopak ma być mój. Masz go zostawić. - Clary nie miała pojęcia co odpowiedzieć dziewczynie ale nie mogła pozwolić na to, żeby Jace się dowiedział. - Świat taki jest. Niesprawiedliwy. Nasz świat, Twój świat, świat Twojego przyjaciela, każdy świat jest niesprawiedliwy. Każdy bardziej od poprzedniego a mniej od kolejnego. Musimy się tego trzymać inaczej staniemy się słabi.
- Zgoda. - odpowiedziała Clary ostatkami sił panując nad głosem i drgajacymi dłońmi.
- Wiedziałam, że się zgodzisz. Chodź za mną.
I poszły długim korytarzem aż natknęły się na długie schody prowadzące za jedym razem conajmniej dwa piętra w dół.
Dzwięk uderzania butów Lorey o marmurową posadzkę Gard roznosił się echem po bydynku. Długie cienie na ścianach wyglądały jak duchy które miałby je śledzić ale i wyprzedzać zawsze o krok. Gard było puste, ciche i spokojne. Co nie było charakterystyczne dla tego miejsca. Nawet w Gard w edomie wszystkich czyli Clary, Simona, Izzy, Aleca i.. Jace'a.. Zaatakowały demony. Clary nigdy nie uważała że może być tu tak pięknie. Pochodnie na ścianach tlily się niebieskim blaskiem.. Magnus.. I kolejne wspomnienie związane z Edomem, tym razem znane jej z opowiadań. Raphael Santiago, przedstawiciel wampirów w radzie. Przedstawiciel klanu nowojorskich wampirów. Niezniszczalny, niepozorny, samotny. Chłopak którego Magnus uczył życia. Chłopak z którym Magnus mieszkał, który wywracał jego życie do góry nogami przez wiele lat. Chłopak którego Magnus znalazł z Dumoncie, później już Dumorcie. Po prostu biedny nastolatek, który wpadł w złe towarzystwo i chciał znaleźć wampira który zabijał ludzi na terenach Nowego Jorku. Chłopak którego zmartwiona matka, dowiedziała czarownika z prośbą o odnalezienie Raphaela. Chłopiec który miał nosić przy sobie krzyżyk. Chłopiec z ludzką krwią na ustach nienawidzący siebie i ludzi. Chłopiec który torturował sam siebie przez wiele dni i nocy dla spotkania z matką którą tak kochał, oddał swoje życie za Magnusa. Zginął z ręki Sebastiana. Zginął śmiercią na którą nie zasłużył. Śmiercią z rąk brata Clary.
Za dużo osób zginęło z jego rąk, za dużo serc przestało bić z rąk kogoś, kogo nie można było nawet nazwać człowiekiem. Całe armie nocnych łowców zmienionych w Mrocznych zginęli przez niego.. Za dużo ważnych osób osób z rodzinami i marzeniami. Jedna zniszczona dusza zamieniła ulice Idrisu w rzeźnię. Krew płynęła jakdyby wypływała z jakiegoś podziemnego źródła. Gorąca krew, krew kochających ludzi. Wapmiry, wilkołaki, Fearie, czrodzieje i nocni łowcy przeciw jedej osobie jedemu Sebastianowi który zburzył wszystko. Wtedy tylko Clary mogła coś zrobić. Miała uratować Jace'a który wtedy był taki, jak jej brat. Miała wbić w niego miecz anioła. Zrobiła to. O mało go nie zabiła, wpoiła w niego anielski ogień ale go uratowała. Chociaż tyle mogla zrobić. Bo tysiące nocnych łowców umarło i zostało Mrocznymi. Zostali marionetkami w rękach uzdolnego teatralnie Sebastiana Morgensterna. Sebastiana który był bratem Clary. Synem Valentine'a Morgensterna i Lilith. Nie Joclyn Morgenstern. Sebastian był synem Lilith. Lilith która zabrała jej Jace'a zabrała go, zmieniła i oddała Sebastianowi. A teraz Jace miał znowu taki być. Miał zostać drugim synem Lilith. Miał zostać Jonathanem Morgenstern. Miał zostać tym kim miał być od początku. Pierwszy raz tej nocy, Clary czuła się w stu procentach pewna tego, że to co robi, robi w słusznej sprawie.
Lorey całą drogę milczała, idąc przodem, nie zatrzymała się ani na chwilę, cóż, nie musiała oddychać tak jak Clary. Gdyby byla człowiekiem już dawno potrzebowałaby odpoczynku tak jak ona teraz. Dziewczyna odezwała się dopiero kiedy pokonały niezliczoną ilość schodów.
- Już. To tutaj.
- Gdzie jest brama?
- Chwila. Nie tak prędko.- Clary stanęła jak wryta nie wiedząc co robic. - Krew.
- Dam jak wrócę. Obiecuje.
- Nie wiadomo czy wrócisz a za smacznie pachniesz żeby nie skosztować. - po chwili zawachania Clary wymusiła z siebie dwa słowa.
- Dobrze, szybko. - usiadła na zimi a dziewczyna uklękła obok niej. Nic nie mówić odgarnęła z szyi jej włosy i czując buchające od niej ciepło wbiła zęby w szyję Clary. Czuła jak odchodzą jej siły, czuła jak jej krew kompletnie zmienia obieg, czuła że coś jest nie tak, ale nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Dziewczyna puściła ją gwałtownie a ona przecylajac się do tyłu upadła uderzając głową o zimną i zakurzoną posadzkę.
- Nie myliłam się. Twoja krew jest pyszna. A teraz brama. Odeszła na chwilę, ale wróciła targając za sobą ogromną ramę jak gdyby z lustra przykrytą płachtą i o dziwo nie pokrytą kurzem. Więc ktoś musiał ostatnio z niej korzystać. Clary spoglądając raz to na rame raz to co Lorey, usiadła podpierając się na łokciach, nic nie mówiła.
- Słuchaj, otworzysz w tym brame w ten sposób nie zostanie po niej żadnego śladu. Prawdziwa brama stoi tam - wskazała palcem na dużą metalową konstrukcję w kącie pomieszcznia.- Tej ramy nikt nie używa. Więc jeśli ktoś zechce przejść przez bramę nie przeniesie się do świata Fearie cokolwiek by robił. Bo bramie nie zostanie śladu. A teraz proszę. - rzuciła w stronę siedzącej na ziemi Clary gumkę do włosów - zepnij je, mogą się potargac. - Clary grzecznie związała włosy i z widocznym zawachaniem w ruchach wstała.
Nadal nic nie mówiąc. Wyciągnęła stele z kieszeni i naciągnęła na głowę kaptur. Czuła pieczenie rany z której nadal sączyła się krew.
- Dobra. Nie traćmy czasu. - powiedziała Lorey ściągając płachtę z ramy. Duża prostokątna, conajmniej dwu metrowa pod względem wysokości i metrowa pod względem szerokości złota rama z bogatymi ozdobami w stylu rokoko. Lorey dotknęła czegoś na ramie kiedy brama się otworzyła. Clary popatrzyła prosto w otchłań i wyobraziła sobie porośniety mchen korytarzyk prowadzący do sali.
- Dziękuję - powiedziała nie patrząc na dziewczynę ta zaśmiała się szyderczo ale Clary nie zwrócając na to zbytniej uwagi weszła w bramę. Po chwili była już na początku długiego korytarza. Kręciło się jej w głowie ale wiedziała że nie ma czasu, żeby odpoczywać. Szła długim korytarzem a jej jedynym towarzyszem były zawroty głowy. Zerknęła za ramie. Ciemno tak jak chwilę temu. Kiedy jej głowa wróciła do pionu poczuła niemiłosierne pieczenie na szyi odruchowo dotknęła rany, która nadal lekko krwawiła. - Cholera.. - Mrukęła. Zatrzymała się na chwilę bo jej zawroty głowy drastycznie wzrosły. Przytknęła palce to szyi. Szybki puls. Za szybki puls. Stała chwilę podpierając się o glinianą ścianę i dopiero wtedy dotarło do niej, że tak naprawdę sama nie wie po co to wszystko robi. Wiedziała, że dla Jace'a, że dla wolności, że to królowa czegoś chciała. Ale tak naprawdę królowa była po stronie edomu. Napisała że nie stanie po ich stronie, ale co z tego? Ile warta była jej obietnica? Tylko ona i Jace wiedzieli i tylko ona i Jace mogli zrobić cokolwiek i jakkolwiek w tej sprawie pomóc. Dopiero wtedy Clary zdała sobie sprawę ja bardzo pochopna była jej decyzja o przyjściu tutaj, że nie wie co mówić i jak się zachować, że może nie wrócić. Odeszła bez pożegnania. Nikt nie wiedział, ani Izzy, ani Luke, ani Jocelyn nawet Simon nie wiedział a on powinien wiedzieć. Zwłaszcza on powinien wiedzieć. Za późno. Zawroty głowy już trochę ustąpiły a jej puls sie uspokoił. Poszła dalej. Widziała już przejście do komnaty wiedziała światło i słyszała dochodzące stamtąd głosy. Głos Królowej i kogoś jeszcze. Głos chłopaka. Znajomego chłopaka. Czym bliżej podchodziła tym bardziej cała ta sytuacja urzeczywistniała się w jej mózgu. Nie, to nie może być prawda. Nie mogłam się spóźnic nie mogłam - myślała. Podeszła dostatecznie blisko żeby usłyszeć kawałek wypowiedzi chłopaka..
- ... Bo Jestem z nią z listosci. Nie potrafię, Nie umiem, a przede wszystkim nie chcę. Nie chcę z nią być. Nie kocham jej i nie pochocham. Ona oddała by za mnie życie? Więc dlaczego teraz jej tu nie ma? Dlaczego na anioła nie ma tu dziewczyny która podobno mnie kocha? Gdyby mnie kochała byłaby tutaj, teraz, zamiast mnie.
- Skoro nic do niej nie czujesz młodzieńcze. Dlaczego więc tutaj jesteś? Dlaczego nie czekałeś aż przyjdzie? Clarissa Cię kocha. Przyszłaby prędzej czy później.
- Kocha? W rzeczy samej. Ale ja jej nie kocham. Nie kocham jej. Jest żałosna. Żałosna i dziecinna. Głupia idotka mysląca że liczy się tylko ona. Mam inne dziewczyny lepsze. Ona sie nie liczy.
Wtedy dzwi do komnaty otworzyły sie a do środka weszła rozpłakana, zraniona i nadal targana niepewnością i zawrotami głowy Clary. Teraz była pewna, teraz nie mogła zaprzeczyć. Teraz wiedziała to był Jace. Jej Jace. Jace który jeszcze wczoraj chciał z nią być. Jace który jeszcze wczoraj ją kochał. Który jeszcze wczoraj mówił że jej nie zostawi - kłamał.
- Czyli jestem nikim, tak? Jestem zabawką. Jestem marionet.. - urwała, marionetka, marionetka, MARIONETKA musiała to sprawdzić. - Przepraszam za moją nieuprzejmość królowo, nerwy. - i pokłoniła się nisko.
- Rozumiem - powiedziała poważnie. - Cieszę się, że jesteście oboje. To dość ważna sprawa. Porozmawiajcie. Dam wam pokój jutro omówimy sprawę, dobrze? - Nie czekała na odpowiedź. - Jasmine! - Zawołała jedną z dworzanek - daj naszym uroczym gościom jakiś przyjemny kąt.
***
- Clary ja...
- Nie kochasz mnie, masz inne, lepsze, nie tak dziecinne i naiwne. To już słyszałam. Jest jeszcze coś czego nie usłyszałam, a powinnam wiedzieć?
- Clary..
- Dobra. Przestań. Wiem. Nie chcesz z mną być. Rozumiem. Poproszę o własny pokój. - wstała z łóżka umieszczonego pod ścianą równolegle do drzwi wyjściowych z pokoju.
- Nie. Nigdzie nie idziesz. - wstał i stanął przed nią tak, żeby zatorować jej wyjście.
- Dobra, dobra. - i popchnęła go na ścianę
- Do cholery Clary! Ty nic nie rozumiesz!
- Masz rację, panie idealny. A więc tłumacz królewiczu.
- Kocham Cię. Chcę Cię zawsze nikogo innego nie chce. Tylko Ciebie. Tylko moją piękną Clary. Piękną i idealną Clarissę Morgenstern.
- A ja chce żeby tego dnia nie było. I co? Skonstruujesz dla mnie wehikuł czasu żebym nigdy nie przyszła tutaj zamiast Ciebie?
- Nie, ale..
- No właśnie, ale.. Przestań Jace. Nie oszukuj mnie. Oszukuj Lorey, Aline, Izzy kogo chcesz ale ja nie jestem taka głupia jak Ci się wydaje nie jestem Twoją marionetką. - chyba chciał coś powiedzieć ale ona nie pozwoliła mu dojść do słowa. - jedna rzecz...
- Tak?
Podeszła do niego podciągając jego koszulkę. Nie był jej marionetką... Jeszcze nie.. Sam to zrobił.. Powiedział tak z własnej woli... Był sobą. Poczuła jak szybko jej serce pompuje krew. Poczuła jak mocno kręci jej się w głowie..
- Wszystkiego Najlepszego.. - i osunęła się na ziemię..
***
"Kochana Clary. Jeśli to czytasz, to znaczy, że wróciłaś do żywych. A to dobrze. Już mnie tutaj nie ma. Żyje. Ale nie tutaj... Nadal dla Ciebie ale nie z Tobą. Przepraszam. Jesteś, byłaś i będziesz najważniejszą osobą w moim życiu. Dzięki tobie odkryłem czym jest prawdziwa miłość...
'Chlopiec już nigdy więcej nie płakał. Nigdy nie zapomniał tego Czego sie nauczył że Kochać to niszczyć a być kochanym to znaczy zostać zniszczonym' Pamiętasz? Uważałem, że to prawda. Bo tego nauczył mnie ojciec. Ale Ty pokazałaś mi czym jest prawdziwa miłość. 'Chłopiec już nigdy więcej nie płakał' nie prawda. Może to nie jest zbyt męskie. Ale ja płakałem każdej nocy i każdego dnia, kiedy nie było Cię przy mnie. Płakałem a moja dusza umierała zawsze kiedy odchodziłaś. Odyżywała na chwilę kiedy widziałem Cię pod powiekami. Ale to odpływało w tak samo zawrotnym tempie jak łzy spływały po policzkach. Byłaś jesteś i będziesz najważniejsza. Tęsknię za Tobą, Clary. Tęsknię za starą Tobą. Za tą słodką Tobą. Kochającą Tobą. Przepraszam. Poszedłem do niej.. Muszę się z nią zmierzyć wszystko jedno czy ukaże mnie śmiercią czy będzie łaskawa. Musze coś zrobić żeby nic nie stało się Tobie skarbie.. To wszystko co mówiłem królowej było kłamstwem żeby nie pomyślała, iż to co zrobiłem było zrobione specjalnie. Przysięgam na anioła kłamałem przed królową. Nie daj się jej. Jeżeli nie wrócę pamietaj Kocham Cię..
Twój kochający Jace. "
Nie wiedziała co myśleć ani co zrobić..
Czy wierzyć Jace'owi czy nie..
Wiedziała jednak, że kocha go najmocniej na świecie. I tylko jedno hasło cały czas siedziało w jej głowie: Edom.

Dary Anioła - Miasto NadzeiWhere stories live. Discover now