Stałem na skraju dziedzińca i obserwowałem, jak pierwsze promienie słońca przebijały się przez korony drzew otaczających siedzibę Watahy Czarnego Kła. Las był jeszcze spowity mgłą, a chłodne powietrze pachniało mokrą ziemią i dymem z wygasających ognisk. Lubiłem tę porę. Była spokojna. Zanim wszyscy się obudzili. Zanim zaczynały się treningi, narady, kłótnie i kolejne problemy, które ktoś prędzej czy później zrzucał na moje barki. Poprawiłem skórzany pas przy mieczu i ruszyłem przez dziedziniec. Minęło dziesięć lat. Dziesięć cholernych lat, odkąd po raz pierwszy przekroczyłem granicę ziem Czarnego Kła. Nie miałem wtedy niczego. Ani rodziny. Ani domu. Ani miejsca, do którego mógłbym wrócić. Miałem tylko zakrwawione ubrania, nóż należący wcześniej do mojego ojca i wystarczająco dużo wściekłości, żeby próbować walczyć z każdym, kto chciał się do mnie zbliżyć. Darius Blackthorn mógł mnie wtedy przepędzić. Mógł nawet kazać swoim ludziom mnie zabić. Zamiast tego dał mi jedzenie. Potem dach nad głową, a z czasem coś, czego nie spodziewałem się już nigdy dostać. Rodzinę.
- Znowu nie spałeś?
Odwróciłem głowę. Najstarsza córka Dariusa, Elara, stała kilka metrów ode mnie. Miała skrzyżowane ręce i patrzyła na mnie z tym swoim charakterystycznym uśmiechem.
- Spałem. - Odpowiedziałem.
- Dwie godziny się nie liczą. - Powiedziała Elara.
- Kto powiedział, że dwie? - Uniosłem brew.
- Twoja twarz. - Rzuciła Elara.
- Moja twarz niczego ci nie powiedziała. - Prychnąłem
- Znam cię dziesięć lat Ronan. - Elara podeszła bliżej.
- I nadal niewiele o mnie wiesz. - Odparłem.
- Wiem wystarczająco dużo. - Powiedziała Elara.
Minęła mnie i lekko uderzyła mnie ramieniem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Tak wyglądało moje życie. Elara była najstarsza. Spokojna, odpowiedzialna i zdecydowanie najbardziej podobna do ojca. Potem była Lyra. Głośna, uparta i przekonana, że każdą różnicę zdań można rozwiązać walką. Serena była jej całkowitym przeciwieństwem. Zazwyczaj siedziała gdzieś z książką i obserwowała wszystko dookoła. Mira potrafiła doprowadzić mnie do szału szybciej niż ktokolwiek inny. A najmłodsza, Nessa... Nessa była chodzącym nieszczęściem. Nie zdążyłem nawet wejść do głównego budynku, kiedy usłyszałem za sobą szybkie kroki.
- Ronan!
Zatrzymałem się. Zamknąłem oczy. Oczywiście. Odwróciłem się powoli. Nessa biegła przez dziedziniec.
- Nie. - Powiedziałem.
- Ale ja jeszcze nic nie powiedziałam. - Zatrzymała się.
- Właśnie dlatego mówię nie wcześniej. - Odparłem.
- Potrzebuję pomocy. - Powiedziała.
- Nie. - Rzuciłem.
- Ronan! - Krzyknęła.
- Nessa. - Westchnąłem.
Zrobiła najbardziej niewinną minę, na jaką było ją stać. Nie nabierałem się na nią od przynajmniej pięciu lat.
- Co zrobiłaś? - Zapytałem.
- Dlaczego od razu zakładasz, że coś zrobiłam? - Zmrużyła oczy.
Uniosłem brew. Milczała przez chwilę.
- Dobra. - Odpowiedziała. - Coś zrobiłam.
- Co? - Westchnąłem.
- Obiecasz, że nie powiesz ojcu? - Zapytała.
- Nie. - Odpowiedziałem.
- To po co mam ci mówić? - Uniosła brew.
Odwróciłem się.
- Ronan! - Wrzasnęła Nessa.
Uśmiechnąłem się pod nosem i szedłem dalej. Usłyszałem, jak biegnie za mną.
- Zepsułam łuk Lyry. - Powiedziała Nessa.
Zatrzymałem się. Powoli spojrzałem przez ramię.
- Ten nowy? - Zapytałem znowu.
- Możliwe. - Nessa przygryzła wargę.
- Ten, który dostała trzy dni temu? - Dalej pytałem.
- To też jest możliwe. - Powiedziała.
- Ten, którego nikomu nie pozwalała dotykać? - Ponownie zapytałem.
- Kiedy tak to przedstawiasz, brzmi gorzej. - Odpowiedziała.
- Jesteś martwa.- Patrzyłem na nią przez kilka sekund.
- Wiem. - Mruknęła.
Ruszyłem dalej.
- Ronan! - Krzyknęła Nessa.
- Nie znam cię. - Odkrzyknąłem.
- Przecież jestem dla ciebie jak siostra! - Wrzasnęła.
- Byłaś. - Powiedziałem.
- Ty dupku! - Rzuciła Nessa.
Zaśmiałem się pierwszy raz tego ranka. I właśnie takie chwile przypominały mi, dlaczego zostałem. Nie chodziło o ziemię. Nie chodziło o pozycję. Nie chodziło nawet o zbroję, którą dostałem od Dariusa. Chodziło o nich. O rodzinę, której kiedyś nie miałem. Kilka godzin później stałem na placu treningowym z mieczem w dłoni. Lyra krążyła wokół mnie. Była dobra. Naprawdę dobra, ale miała jeden problem. Była cholernie niecierpliwa. Ruszyła. Odbiłem jej ostrze. Spróbowała ponownie. Zrobiłem krok w bok. Jej miecz przeciął powietrze.
- Przestań uciekać. - Powiedziała.
- Nie uciekam. - Odparłem.
- Cały czas się odsuwasz. - Rzuciła.
- Bo cały czas atakujesz dokładnie tak samo. - Dodałem.
- Nieprawda. - Zmarszczyła brwi.
- Lewa strona, zamach. - Powiedziałem z przekąsem. - Obrót biodra i atak na szyję.
Zamilkła.
- Przypadek. - Westchnęła.
- Cztery razy? - Uniosłem brew.
- Zamknij się. - Warknęła.
Zaśmiałem się. Lyra ponownie ruszyła. Tym razem zmieniła kierunek. Lepiej. Zablokowałem pierwszy cios, ale drugi prawie mnie dosięgnął.
- Właśnie tak. - Powiedziałem.
- Nie chwal mnie. - Odparła.
- Dlaczego? - Zapytałem.
- Bo brzmisz jak ojciec. - Odpowiedziała.
- To była najgorsza rzecz, jaką powiedziałaś mi w tym tygodniu. - Rzuciłem.
Uśmiechnęła się. Wtedy z głównego budynku wyszedł Darius. Wystarczyło jedno spojrzenie, żebym wiedział, że czegoś chciał. Odłożyłem miecz.
- Przerwa. - Powiedział Alfa.
- Narada? - Lyra spojrzała w stronę ojca.
- Wygląda na to, że tak. - Odparł Alfa.
Ruszyłem w stronę Dariusa. Mimo upływu lat nadal miał w sobie coś, przez co ludzie automatycznie prostowali plecy, kiedy się pojawiał. Był Alfą. Nie dlatego, że nosił tytuł. Po prostu nim był.
- Ronan. - Powiedział.
- Darius. - Odparłem.
Spojrzał na mnie znacząco.
- Alfo. - Westchnąłem.
- Lepiej. - Uśmiechnął się.
Przewróciłem oczami. Darius uśmiechnął się lekko. Traktował mnie inaczej niż pozostałych wojowników. Mógł sobie na to pozwolić. W końcu znał mnie od czasu, kiedy byłem gówniarzem gotowym ugryźć każdego, kto próbował dać mi miskę jedzenia.
- Przy południowej granicy znaleziono ślady. - Powiedział.
Mój uśmiech natychmiast zniknął.
- Ilu? - Zapytałem.
- Jeden. - Odpowiedział.
- Samotny wilk? - Zmarszczyłem brwi.
- Prawdopodobnie. - Powiedział.
- Przekroczył granicę? - Uniosłem brew.
- Tak. - Przytaknął.
To zmieniało sytuację. Samotnicy czasami pojawiali się w pobliżu naszych terenów, ale większość wiedziała, że nie należy przekraczać oznaczonej granicy.
- Wyślij ze mną dwóch ludzi. - Powiedziałem.
- Chcę, żebyś najpierw zobaczył ślady. - Darius pokręcił głową.
- Sam? - Zapytałem.
- Ufasz swoim oczom bardziej niż cudzym. - Odpowiedział.
Miał rację.
- Kiedy je znaleziono? - Uniosłem brew.
- Niecałą godzinę temu. - Powiedział.
Skinąłem głową. Już miałem odejść, kiedy Darius położył dłoń na moim ramieniu. Spojrzałem na niego.
- Ronan. - Wyszeptał.
- Co? - Zapytałem.
Przez chwilę milczał.
- Uważaj na siebie. - Odpowiedział.
- Zawsze uważam. - Parsknąłem cicho.
- Właśnie dlatego masz tyle blizn? - Zapytał.
- To pamiątki. - Odpowiedziałem.
- Oczywiście. - Westchnął.
Ruszyłem w stronę zbrojowni. Nie wiedziałem wtedy, że zwykłe ślady przy południowej granicy były początkiem końca wszystkiego, co znałem. Las był podejrzanie cichy. Szedłem powoli pomiędzy drzewami, trzymając dłoń blisko rękojeści miecza. Znalazłem pierwsze ślady niedaleko rzeki. Przykucnąłem. Wilk. Duży. Samiec. Ślady prowadziły prosto przez naszą granicę. Nie próbował ich nawet ukrywać. Albo jesteś odważny, albo głupi. Ruszyłem dalej. Po kilkunastu minutach poczułem obcy zapach. Zatrzymałem się. Ktoś był blisko. Bardzo blisko.
- Wyjdź. - Wyciągnąłem miecz.
Cisza.
- Wiem, że tam jesteś. - Powiedziałem.
Usłyszałem trzask gałęzi. Spomiędzy drzew wyszedł mężczyzna. Wysoki. Ciemnowłosy. Ubranie miał brudne i miejscami rozdarte, ale nie wyglądał na kogoś, kto przypadkiem zabłądził. Patrzył na mnie spokojnie. Zdecydowanie zbyt spokojnie.
- Teren Watahy Czarnego Kła. - Powiedziałem.
- Wiem. - Odparł.
To mnie zaskoczyło.
- W takim razie wiesz też, że nie powinno cię tutaj być. - Rzuciłem.
- Wiem. - Powtórzył.
- Masz jakiś problem ze słowem "wiem"? - Zacisnąłem mocniej palce na rękojeści.
Uśmiechnął się lekko. Nie spodobał mi się ten uśmiech.
- Ty jesteś Ronan Veyr. - Powiedział.
- A ty jesteś? - Znieruchomiałem.
Mężczyzna zrobił krok naprzód. Uniósłem miecz. Natychmiast się zatrzymał.
- Spokojnie. - Odparł.
- Znasz moje imię, a ja twojego nie znam. - Powiedziałem. - Nie mamy powodów, żeby być spokojni.
Przez kilka sekund patrzył mi prosto w oczy. Potem odpowiedział.
- Kael Draven. - Odpowiedział.
To nazwisko znałem. Każdy w tej części kraju je znał. Wygnaniec. Wilk wyrzucony przez własną watahę. Podobno zdradził swojego Alfę. Podobno zostawił własnych ludzi podczas walki. Istniało tyle historii o Kaelu Dravenie, że trudno było powiedzieć, które były prawdziwe.
- Powinieneś odejść. - Rzuciłem.
- Nie mogę. - Odparł.
- To nie była propozycja. - Powiedziałem.
- Słyszałem o tobie. - Kael ponownie się uśmiechnął.
- Gratuluję. - Udawałem, że klaskałem.
- Obrońca pięciu córek Alfy. - Dodał.
Nie odpowiedziałem.
- Dziesięć lat służby. - Rzucił.
- Do czego zmierzasz? - Zapytałem.
- Do niczego. - Kael przechylił lekko głowę.
- Więc zawróć. - Warknąłem.
Odwróciłem się.
- Ronan. - Zawołał.
Zatrzymałem się.
- Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego Darius naprawdę cię przygarnął? - Zapytał.
Powoli spojrzałem przez ramię. Kael nadal stał dokładnie w tym samym miejscu.
- Nie. - Odpowiedziałem.
- Powinieneś. - Powiedział.
- Posłuchaj mnie uważnie. - Zrobiłem krok w jego stronę. - Nie wiem, czego chcesz, ale nie interesują mnie twoje gierki.
- Jeszcze nie. - Odparł.
- Opuść nasze ziemie przed zachodem słońca. - Dodałem.
Schowałem miecz. Minąłem go. Nie próbował mnie zatrzymać. Dopiero kiedy oddaliłem się o kilka metrów, usłyszałem jego głos.
- Do zobaczenia, Ronan. - Powiedział.
Nie odwróciłem się. Powinienem był. Powinienem był wtedy zrozumieć, że Kael Draven nie znalazł się na naszych ziemiach przypadkiem. Ale tego dnia nadal wierzyłem, że mój dom jest bezpieczny. Że Darius jest człowiekiem, któremu mogę ufać. Że jego córki są moją rodziną i, że po dziesięciu latach nic nie będzie w stanie tego zmienić. Myliłem się.
Koniec 1 rozdziału
YOU ARE READING
Zerwane Przeznaczenie
FanfictionPrzez dziesięć lat Ronan Veyr chronił pięć córek Alfy Watahy Czarnego Kła, wierząc, że właśnie przy nich jest jego miejsce. Wszystko zmienia pojawienie się tajemniczego Kaela Dravena, którego kłamstwa obracają jego własną rodzinę przeciwko niemu. Od...
