prolog

5 0 1
                                        

Latarnie uruchamiały się w pośpiechu by zdążyć przed zapadającym zmrokiem, podczas gdy zimny wiatr szargał mi włosy. Miałam zarumienione policzki, oczy zachodziły mi łzami, i ledwo mogłam złapać oddech. Jedną ręką odganiałam kosmyki, które próbowały zasłonić mi widoczność; drugą desperacko, po raz dziesiąty z rzędu, wybierałam numer Jenny, a moje serce łomotało tak mocno, że zaczęłam obawiać się, czy nie zamierza mi wyskoczyć z klatki piersiowej.

Nogi odmawiały mi posłuszeństwa, lecz nie dawałam im odpocząć. Ostatni zakręt.

Gdy skręciłam i dostrzegłam znajomy dom, czułam się jak rozbitek, który po kilku dobach wyczerpującej przeprawy przez ocean, dotarł do brzegu. Oddech z kolei łapałam z taką samą desperacją jak człowiek, który za długo trzymał głowę pod wodą.

Nikt by nie zgadł, że przebiegłam jakieś dwie ulice.

Głośno tupiąc przemierzałam znajome podwórko. Otaczały mnie zadbane rabatki Peggy, i tylko one hamowały mnie przed utratą przytomności, spowodowaną tym niespodziewanym sprintem - nie daj boże trafiłabym czołem w peonie, a nawet jakby mnie odratowali, to matka Jenny dopilnowałaby żebym nie zobaczyła przyszłej zimy.

Przetarłam jeszcze dramatycznie czoło nadgarstkiem i zerknęłam na ekran telefonu. Przerwałam połączenie, które i tak nie miało szans zostać dosłyszane przez odbiorcę. Gdybym nie była przyzwyczajona do tego, że Jenny jako ostatnia z naszego pokolenia nie miała komórki przyklejonej do ręki, a włączony dźwięk był dla niej obcym stanem rzeczy, to już kontaktowałabym się z policją. Tymczasem po prostu schowałam swoje urządzenie do tylnej kieszeni i zakaszlałam, przy czym niemalże wyplułam własne płuca.

Mój telefon i mail, który wisiał w powiadomieniach wydawał się ważyć tyle, że prawie upadłam.

Z wiedzą, że istnieje wszelkie prawdopodobieństwo iż Jenny po prostu bierze prysznic, robi kanapkę, albo poci się nad sudoku o poziomie łatwym, chwyciłam za klamkę. Gdy drzwi nie drgnęły moje nadzieje zrównały się z ziemią. Ale póki nie były pod poziomem morza, to istniały na radarze, dlatego nacisnęłam na dzwonek. Więcej niż raz. Tyle razy, że gdybym była w domu, to z czystej złośliwości nie otworzyłabym przed sobą drzwi.

Nie przestawałam, chociaż miałam świadomość, że gdy ktoś z rodziny Lane był w domu, to zazwyczaj drzwi nie były zamknięte na klucz (zero instynktu samozachowawczego). Przez to też przywykłam wchodzić jak do siebie. Bowiem tak się tu właśnie czułam - jak u siebie.

To dlatego, że rodzinę Lane poznałam szybciej niż pierwsze słowo. Moja mama zaprzyjaźniła się z Peggy jeszcze w liceum, a kilkanaście lat później nam wszystkim się udzieliło. Szczerze mówiąc, ciężko stwierdzić czy to moi rodzice nauczyli mnie alfabetu i jazdy na rowerze - równie dobrze mogli być to Henry i Peggy. Natomiast ich córka, Jenny, stała się niespodziewanie nieodłączną częścią mojej codzienności, przyjaciółką od serca, której niezwykle silnie potrzebowałam w chwili, gdy ta jedna wiadomość na moim mailu wypalała dziurę w mojej kieszeni. Myślałam o tym, naciskając na dzwonek z taką agresją, jakby conajmniej porwał mi syna pierworodnego.

Co ciekawe, zanim Jenny stała się moją najbliższą przyjaciółką, była tylko irytującą młodszą siostrą...

– Joey – wyrzuciłam z siebie razem z całym powietrzem jakie miałam w płucach, bo po pierwsze nie było go za wiele, a po drugie chłopak otworzył mi, gdy już dawno straciłam nadzieję. Na dodatek stanął w drzwiach z miną niezwykle poważną, a policzki wydawał się mieć zarumienione ze złości, co podkreślał różowy szlafrok jego matki, który przyodział - gdyby nie brak tlenu to wybuchnęłabym tak głośnym śmiechem, że usłyszałaby mnie nawet Jenny.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: 6 days ago ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

All the things we left unsaidStories to obsess over. Discover now