Prolog

28 5 28
                                        

Chowałem się za filarem mocno zdenerwowany. Znałem procedury od dziecka i wiedziałem, że powinienem udać się do schronu podczas napadu rebeliantów, ale nie mogłem się tam przedrzeć, bo byłem po drugiej stronie tego pieprzonego zamku.

Dobra, Will, jest jakiś gwardzista, teraz dasz radę.

Już miałem ruszyć i puścić się biegiem, ale usłyszałem strzał i zobaczyłem jak strażnik padł na ziemię. Moje serce biło niesamowicie szybko, a w głowie słyszałem pulsującą krew, która nie dała mi się skupić. Nie miałem nawet niczego do obrony oprócz małego sztyletu przytwierdzonego do pasa. Byłem w pułapce, mimo, że oni jeszcze mnie nie dostrzegli, ale czułem, że już po mnie. Nie wydostanę się stąd. Koniec tego pieprzonego życia.

- William, tutaj - usłyszałem nagle szept i zobaczyłem panią Bellę wychylającą się z ukrytego za obrazem korytarza służby. Podbiegłem tam cicho i wszedłem, bezszelestnie zamykając drzwi i oparłem się o ścianę z uczuciem ulgi.

- Powinienem być w schronie - szepnąłem. - Nie jestem w stanie się tam przedostać.

- Nie ma sensu ryzykować, książę, proszę ukryć się tu z nami - powiedziała kobieta, więc zaczerpnąłem więcej powietrza w płuca i przytaknąłem, idąc za nią do małej izby, gdzie służące siedziały skulone pod kocami.

- Nie wstawajcie - mruknąłem widząc, że podrywają się już i sam jedynie usiadłem obok, szarpiąc się za włosy. - Powinienem walczyć i bronić królestwa, jestem bezużyteczny - prychnąłem.

- Powinieneś być przede wszystkim bezpieczny, książę. Jesteś następcą tronu - powiedziała kobieta, więc westchnąłem.

- Na razie mój ojciec jest królem i trzyma się dobrze. - pokręciłem głową. - Jak do tego w ogóle doszło? To absurdalne...

Siedzieliśmy chwilę w ciszy i popatrzyłem na kobietę, która ciągle uspokajała swoje podopieczne głaszcząc je delikatnie i przytulając.

- Dziękuję za ratunek - powiedziałem do niej, a ona uśmiechnęła się delikatnie.

Nie wiem, ile siedzieliśmy w tej izbie, prawdopodobnie minęło już kilka godzin i chłód murów zaczął niesamowicie doskwierać, ale od dłuższego czasu było całkiem cicho. Procedury jednak były jasne, nie mogliśmy wyjść dopóki ktoś z gwardzistów tu nie przyjdzie. Słyszałem tylko pociąganie nosem wymarzłych służących i sam pocierałem lodowate dłonie.

- Zaraz nie wytrzymam. Ile to jeszcze potrwa? Co jeśli nikt nie przyjdzie? - prychnąłem, uderzając pięścią w udo z całkowitej bezsilności, a jakaś dziewczyna zaczęła szlochać.

- Spokojnie, dziewczynki, nie panikujcie, już niedługo, obiecuję - odparła ze stoickim spokojem ochmistrzyni Bella.

W końcu po kolejnych długich minutach ktoś tu zapukał cztery równe razy, dokładnie tak, jak w protokole.

- Zamek został kilkukrotnie przeszukany, jest już bezpiecznie, wszyscy rebelianci zostali zabici lub złapani - powiedział mężczyzna, taksując wzrokiem pomieszczenie i jego oczy rozszerzyły się na mój widok. - Dobry boże, książę! Wszędzie cię szukaliśmy, baliśmy się, że nie żyjesz - powiedział z dużą ulgą.

- Nic mi nie jest. Gdzie moi rodzice? - zapytałem, wstając. - Proszę zaprowadzić mnie do ojca, na pewno jest dużo spraw do załatwienia, trzeba coś zaplanować! - rzuciłem, a on spuścił wzrok.

- Książę... Przykro mi - przełknął ślinę, a w mojej głowie znów usłyszałem pulsujący huk.

- Czemu ci przykro? Chcę natychmiast porozmawiać z ojcem! Gdzie moi rodzice? - prychnąłem ostro, nie mogąc wytrzymać bólu głowy i niezidentyfikowanych emocji.

AlveryStories to obsess over. Discover now