Kardiomonitor cicho i systematycznie robił „pik, pik". Słyszałam to jednak jak z oddali, nie wiedząc co wydaje ten dźwięk i widząc dookoła siebie ciemność. Było zimno, poza tym nie czułam nic. Chyba bolała mnie głowa, ale nie byłam pewna. Czy ja śnię? Próbowałam otworzyć oczy. Poczułam nagłe uderzenie ciepła, w moich żyłach coś zaczęło krążyć. Pikanie stało się jakby bardziej irytujące, a ciemność powoli się rozpływała. Po chwili oślepiło mnie białe światło. Widziałam zarys postaci, lecz nie rozpoznawałam jej. Nie wiedziałam, gdzie jestem.
- Obudziła się - usłyszałam kobiecy głos, z lekka zachrypnięty. Brzmiała na zaniepokojoną.
Wokół mnie zrobił się szum, czułam obecność innych osób, lecz nie byłam zorientowana, co się dzieje. Słyszałam, że ktoś płacze, ktoś inny się śmiał, a jeszcze ktoś złapał mnie za rękę i mówił, jakie to szczęście. Zemdlałam.
Gdy obudziłam się po raz drugi, widziałam już wyraźnie. Leżałam na białym łóżku, między białymi ścianami, przykryta białą, lekką kołdrą. Ostrożnie się podniosłam i rozejrzałam. Obok mnie stało drugie, identyczne łóżko, na którym również ktoś leżał. Pikanie maszyny było już nie do zniesienia. Popatrzyłam na swoje ręce. Byłam przypięta do wielu kabli, które chyba miały podtrzymać mnie przy życiu. Siedziałam tak parę chwil, próbując ułożyć sobie w głowie, jak znalazłam się w tym miejscu i dlaczego. Uderzyła mnie fala bólu, coś, co płynęło w przezroczystych rurkach wprost do moich żył, musiało przestać działać.
Moją uwagę przykuła półka wisząca koło okna. Leżała na niej sterta zeszytów, jakiś segregatorów i masa innych przedmiotów, lecz z daleka nie umiałam stwierdzić, czym one są.
Byłam w szpitalu. Gdy to do mnie dotarło, przeraziłam się - nienawidziłam szpitali. Moja sala dodatkowo wyglądała bardziej jak izolatka, aniżeli zwykłe, szpitalne pomieszczenie.
Powoli zaczynałam kojarzyć fakty. Kolejna fala bólu przeszyła moje ciało, musiałam mieć jakiś wypadek. Szczegółów nie pamiętałam, ale odczułam na nowo emocje, które mi chyba wtedy towarzyszyły. Panika, strach i bezradność. Pojedyncze, nic nie znaczące póki co obrazy pojawiały mi się przed oczami, ale nie umiałam połączyć ich w jedną, spójną całość.
Natomiast przypomniałam sobie, kto leży obok mnie - moja najbliższa przyjaciółka, Vic. Ta dalej była nieprzytomna. Na oko była w gorszym stanie niż ja - z brzucha wystawał jej długi, metalowy pręt. Wyglądała przerażająco z zaschniętą krwią na ubraniach. Dlaczego nikt jej tego nie wyjął ani nie zaopiekował się nią, jak należy? Wątpię, żeby podstawową procedurą było położenie na sali pacjenta w takim stanie, ale nie miałam siły dłużej nad tym rozmyślać.
Do sali weszła lekarka. Usiadła przy mnie, zapisała coś w zeszycie i popatrzyła na mnie.
- Jak się czujesz? - zapytała.
- Nie... wiem - odrzekłam załamującym się głosem. Moja krtań była spuchnięta i obolała.
Na tym przesłuchanie się skończyło.
Odwiedziło mnie parę osób, rodzice, znajomi ze szkoły. Od nich dowiedziałam się, co dokładnie się wydarzyło.
Miałam rację, brałam udział w wypadku samochodowym, jako kierowca. Moja przyjaciółka siedziała obok mnie, wracałyśmy do domu. Pijany mężczyzna wjechał w nasz samochód z ogromną prędkością, a my spadłyśmy z wiaduktu. Ledwo uszłyśmy z życiem. Sprawcy jeszcze nie złapano, policja próbuje ustalić dane zdarzenia. Byłam w śpiączce farmakologicznej przez osiem dni. Lekarze nie wiedzieli, czy się wybudzę, miałam poważne obrażenia głowy i kręgosłupa, ale wszyscy mówili, że z tego wyjdę. Zapytałam co z Vic, lecz nikt nie chciał mi nic powiedzieć. Wszyscy odwracali wzrok i unikali odpowiedzi. Nikt jej też nie odwiedzał. Zrobiło mi się jej żal, obiecałam sobie, że jak tylko się wybudzi, spróbuję przejść do niej na łóżko, by nie czuła się samotna w tak ciężkim czasie.
Obudziła się za dwa dni. Oprócz nas na sali nikogo nie było. Otworzyła oczy i szybko wyprostowała się, jakby nic jej nie bolało. Pręt w jej brzuchu wydał z siebie niepokojący zgrzyt, ale ona jakby w ogóle go nie czuła. Spojrzała się na mnie. Przeszedł mnie dreszcz. Jej oczy były jeszcze jaśniejsze, niż zawsze, jakby puste i nieobecne. Musiała dostawać naprawdę mocne leki. Spróbowałam się podnieść, lecz zamiast tego spadłam na podłogę. Leżałam tak bezsilnie, nie mogąc się podnieść przez parę minut. Musiałam jednak narobić hałasu, bo zaraz pojawił się mój tata i położył znowu na łóżko.
- Gdzie się wybierasz? Musisz odpoczywać.
Skinęłam głową w stronę przyjaciółki. Tata zamilkł, popatrzył się na mnie ponurym wzrokiem i zostawił mnie samą.
- Nie wiń go - odezwała się Vic, gdy zamknęły się drzwi. - Prawie stracił córkę.
Łzy napłynęły mi do oczu, gdy usłyszałam jej głos. Uśmiechnęłam się.
Miałam spędzić w szpitalu jeszcze kilka dni. Czułam się coraz lepiej, nawet pikanie kardiomonitora przestało mi przeszkadzać. Vic też czuła się lepiej - dużo rozmawiałyśmy, leżąc na sali, śmiałyśmy się. Jednocześnie atmosfera była trochę napięta, żadna z nas narazie nie chciała mówić o wypadku. Nie pytałyśmy się, jak się czujemy ani co pamiętamy. Jedyne co wiedziałyśmy na temat swojego zdrowia, to to, że ja miałam lekkie powikłania neurologiczne, a Vic musiała nauczyć się żyć z metalem w brzuchu - lekarze nie chcieli się jeszcze podejmować operacji usunięcia go, istniało zbyt duże ryzyko. Lekarz prowadzący powiedział jej dużo skomplikowanych terminów, których nie była w stanie mi powtórzyć. Przyjaciółka nie wydawała się tym jednak bardzo przejęta - cieszyła się, że obie żyjemy.
Tak upływał nam pobyt w szpitalu, jednak nadszedł czas, byśmy wróciły do domu. Według lekarzy czułyśmy się już na tyle dobrze, by powoli z powrotem wdrożyć się w życie.
Rodzice zabrali mnie do domu, zjadłam coś lepszego, niż szpitalne jedzenie. Nie za dużo, żeby mój organizm nie dostał szoku, jednak zupełnie wystarczyło, by poprawić mi nastrój i samopoczucie. Dużo odpoczywałam, spałam i nabierałam sił, aż w końcu mogłam znów wychodzić z domu. Musiałam brać dużo leków, ale czułam się nieporównywalnie lepiej. Byłam trochę osowiała, ale to najmniejsza dolegliwość. Próbowałam skontaktować się z Vic, chciałam zapytać, jak się trzyma, jednak nie udało mi się do niej dodzwonić. Uznałam, że pewnie ma wyciszony telefon, co nie jest akurat zadziwiające w jej przypadku. Tak samo jak ja potrzebowała spokoju, więc po paru nieudanych próbach odpuściłam.
Pierwszy dzień po powrocie do szkoły był męczący. Już nawet nie chodzi o to, że moje ciało było słabe, chociaż było - nogi mi drżały i bolała głowa, ale byłam zdeterminowana, by nie dać tego po sobie poznać. Nie mogłam nawet patrzeć na samochody - przyszłam na piechotę. Na szczęście nie miałam daleko, więc rodzice nie mieli nic przeciwko takiemu wysiłkowi. Gdy przekroczyłam szkolny próg, stałam się sensacją. Jak się czujesz? Jak to jest? Bardzo cię boli? Co robi policja? Złapali sprawcę? Pamiętasz co się stało? Dostawałam tysiące takich pytań na minutę, nie byłam w stanie na wszystkie odpowiedzieć i nawet nie miałam na to ochoty. Inni uczniowie wytykali mnie palcami, szeptali między sobą, unikali kontaktu wzrokowego ze mną. Stałam się „tą od wypadku". Kręciłam się po szkolnym korytarzu, szukając Vic. Znalazłam ją siedzącą samą na ławce przy szafkach. Do niej nikt nie przychodził, nikt jej nie zaczepiał. Szczęściara. Podeszłam do niej.
- Vic! - zawołałam ją uradowana. - Miło cię widzieć.
Podniosła wzrok i spojrzała na mnie. Miała ciemne cienie pod oczami, bluzkę delikatnie poplamioną we krwi. „Funkcjonowanie z taką przeszkodą, nawet zabezpieczoną, musi być okropne" - pomyślałam. Ale nic o tym nie wspomniałam, żeby jej nie drażnić ani nie dołować.
Z przyjaciółką u boku było mi zdecydowanie raźniej. Rozmawiając z nią nie musiałam słuchać komentarzy na mój temat. Czułam na sobie przeszywający wzrok innych ludzi, ale nie zwracałam na nich uwagi.
Noszenie nadanej przez społeczeństwo łatki, jakiejkolwiek, nie należy do najprostszych. Oprócz z własnym bólem, zarówno fizycznym, jak i psychicznym, musiałam mierzyć się z pytaniami, docinkami i ludźmi, którym ewidentnie brakowało pomyślunku i mówili niestosowne rzeczy. Albo po prostu szydzili.
Jednak mijały dni, tygodnie i otoczenie przestało zwracać na mnie uwagę. Nikt ze mną nie rozmawiał - ani o wypadku, ani o niczym innym. Natomiast z Vic stałyśmy się bliższe, niż kiedykolwiek. Fatum wypadku jednak dalej nad nami wisiało - ilekroć przyjaciółka mnie odwiedzała, moi rodzice mieli łzy w oczach i mówili, żebym spędzała z nią czas, o ile mi to pomaga. Mieli w oczach jakieś politowanie. Biedacy. Dla nich również musiało być to ciężkie przeżycie.
Pewnego dnia siedziałyśmy razem w klasie, czekałyśmy na rozpoczęcie zajęć. Dołączyła nowa uczennica - przedstawiła się każdemu po kolei. Podeszła do mnie i zapytała się, czy miejsce obok mnie jest wolne. Spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Nie? Moja przyjaciółka tu siedzi.
Nowa spojrzała na mnie skonsternowana i rozejrzała się po klasie. Jeden chłopak pokręcił głową i zawołał ją do siebie. Patrząc się na nas, szepnął jej parę słów. Dziewczyna się skrzywiła, spojrzała na mnie i powiedziała:
- Nie powinnaś być w szpitalu?
Chłopak siedzący obok niej szturchnął ją łokciem. Nie rozumiałam, o co jej chodziło. Dlaczego powinnam tam być? Zabrzmiała podejrzanie. Czy miała coś wspólnego z wypadkiem? Może to jednak nie był pijany kierowca... Postanowiłam jednak nie zaprzątać sobie tym głowy. Pewnie dramatyzuję.
Mijały kolejne tygodnie. Moje dni stały się monotonne. Wstawałam rano, brałam leki, ogarniałam się do szkoły, po lekcjach spotykałam się z Vic, brałam leki na noc i kładłam się spać. Życie płynęło sobie spokojnie, po obrażeniach po wypadku nie pozostał już prawie ślad. Inni ludzie również na ten temat ucichli. Niestety włącznie z policją - albo nic nie znaleźli i nie chcą się przyznać, przykrywając się słowami „sprawa dalej jest w toku", albo zaniechali ją już na samym początku. Chciałam, by ten kierowca poniósł konsekwencje, jednak dobrze mi było, jak było.
Zbliżała się przerwa wiosenna. Na dworze robiło się coraz cieplej, świeciło słońce, przyroda budziła się do życia, ludzie byli bardziej uśmiechnięci i życzliwi, a w szkole było coraz mniej pracy. Siedziałam z Vic na ławce, jak codziennie o tej porze piłyśmy shake'a i rozmawiałyśmy.
- Co ty na to, żebyśmy pojechały nad jezioro w weekend? - zapytałam.
- Jak chcesz się tam dostać? - odpowiedziała Vic trochę niepewnie, jednak zobaczyłam błysk radości w jej oczach.
- Samochodem. Minęło już sporo czasu.
- Już się nie boisz?
Bałam się. Ale kiedyś trzeba się przełamać - wypadki się zdarzają, niestety. Pijani kierowcy będą zawsze, niezależnie od tego, czy akurat będę jechała samochodem, czy szła chodnikiem. Zawsze może się stać coś złego. Fizycznie byłam już w stanie prowadzić, a dawno razem nigdzie nie byłyśmy.
Pokręciłam głową.
Przyjaciółka uśmiechnęła się.
- Bardzo chętnie. Tylko ty i ja? Super - dopowiedziała, gdy przytaknęłam.
W sobotę rano obudziłam się bardzo podekscytowana. Specjalnie poprzedniego dnia wieczorem pojechałam sama do sklepu, żeby zobaczyć, czy dalej umiem prowadzić samochód. Próba zakończyła się ogromnym sukcesem, więc byłam jeszcze bardziej ucieszona.
Jak codziennie od pół roku wstałam, zjadłam śniadanie, umyłam się, wzięłam leki. Dodatkowo spakowałam plecak i już z samego rana pojechałam po przyjaciółkę. Vic wzięła jedynie małą torbę.
- Vic, wiesz że jedziemy na dwa dni, prawda? - zapytałam.
Ta się zaśmiała.
- Tak tak, wszystko mi się tu zmieściło, nie martw się. Wszystko, co potrzebne.
Nie pytałam dalej - ale byłam przekonana, że czegoś zapomniała.
Podróż samochodem trwała jakieś dwie godziny. Miałyśmy się zatrzymać w starym drewnianym domku należącym do mojej babci, tuż przy samym jeziorze, widok niesamowity. Byłyśmy szczęśliwe, pierwszy raz od dawna czułyśmy, że naprawdę żyjemy. Gdy tylko dojechałyśmy, od razu poszłyśmy na plażę - nawet nie rozpakowałyśmy rzeczy. Wzięłyśmy koc, trochę jedzenia i picia, przebrałyśmy się w kostiumy kąpielowe i pobiegłyśmy wprost do wody. Niestety Vic nie mogła bardzo z niej skorzystać z powodu drutu, który wciąż w niej tkwił i infekcji, która gdzieś w środku narasta, jak twierdzą lekarze. Dlatego nadal go w sobie ma. Nadal mnie dziwi, że lekarze pozwolili jej opuścić szpital - ale medycyna rządzi się swoimi prawami, więc się nie wtrącałam ani nie zadawałam. Vic nauczyła się z nim żyć. Nawet ozdobiłyśmy małą, wystającą część, by nie wyglądał tak ponuro. Mimo wszystko i tak dobrze się bawiłyśmy.
Wieczorem usiadłyśmy na tarasie, opatulone kocami, noce bywały jeszcze bowiem chłodne. Księżyc był prawie w pełni, a gwiazdy wokół niego tworzyły cudowną kompozycję. Dawno nie czułam się tak błogo. Tak spokojnie. Z dala od ludzi, którzy widzą we mnie „dziewczynę z wypadku". Powiedziałam o tym Vic, jak bardzo się cieszę, że ją mam. Ta tylko uśmiechnęła się do mnie. Po chwili ciszy jednak odezwała się:
- Ja też się cieszyłam.
Popatrzyłam na nią zdziwiona. W czasie przeszłym?
- Coś się stało? - zapytałam. Nie odpowiedziała od razu. - Przepraszam, że zabrałam Cię nad wodę, wiedząc, że nie możesz z niej skorzystać, ale myślałam...
- Nie chodzi o wodę - przerwała mi.
- To o co? - Nic już nie rozumiałam. Przyjaciółka była bardziej tajemnicza niż zwykle.
Vic patrzyła się na mnie uważnie. Przeszywającym wzrokiem, jej jasne oczy wbijały się we mnie. Dotknęłam jej ręki. Była zimna. Spojrzałam w stronę jeziora, spokojnej tafli wody, w której odbijało się światło migocących, małych błyskotek na niebie. Próbowałam znaleźć w nim chyba odpowiedź, o co chodzi mojej przyjaciółce? Dlaczego tak tajemniczo się zachowuje? Spojrzałam znowu na jej twarz. Przeszedł mnie dreszcz. Miała nieobecny wyraz twarzy, oczy puste, zbladła. Teraz poczułam, jakby naprawdę coś we mnie wbijała. Ona powoli zrzuciła koc na ziemię, przysunęła się do mnie, przytuliła. Dawno tego nie robiła, ze względu na obrażenia. Przyznam szczerze, że bałam się jej. Nie przypominała mojej Vic, najlepszej przyjaciółki, ciepłej, wrażliwej osoby, która zawsze ze mną była. Jednak odwzajemniłam uścisk. Znów mój wzrok powędrował na taflę jeziora. Zaczął wiać wiatr, woda zaczęła się ruszać, powstały małe fale. Zobaczyłam odbicie ławki, na której siedziałyśmy. Moje oczy powędrowały w górę. Było ciemno, myślałam, że tylko tego nie dostrzegam. Niestety nie - w przezroczystej, mrocznej powierzchni jeziora odbijałam się tylko ja. W nienaturalnej pozycji, jednak gdyby dołożyć tam drugą osobę, nie byłaby taka dziwna...
Spojrzałam znów na Vic.
- Vic, co się dzieje? O co chodzi? - zapytałam. Byłam zdezorientowana. To, co właśnie się działo, nie było normalne. Zrobiło się zimniej. Drżałam.
- Kochana przyjaciółko, nie pamiętasz? Uciekałaś - odrzekła. Uśmiechnęła się.
- Nic z tego nie rozumiem! Uciekałam? Kiedy, przed kim? O czym ty mówisz!
- Uciekałaś. Mówiłaś, że jedzie za nami. Uciekałam z tobą.
- Ale przed czym? Mów, do cholery, jaśniej! Przerażasz mnie.
- Też byłam przerażona. Ale krzyczałaś. Byłaś pewna. Uciekałyśmy.
Teraz byłam przekonana, że ja patrzyłam na Vic pustym wzrokiem. Uciekałam? Nic takiego nie pamiętam.
- Zaczął padać deszcz - kontynuowała przyjaciółka. - Przyspieszyłaś. Wtedy ja zaczęłam krzyczeć, żebyś zwolniła. A ty powiedziałaś mi jedno. Poddałam się. Wiedziałam, że to koniec.
Dalej patrzyłam się bez zrozumienia. Miałam nadzieję, że to jakiś głupi żart i zaraz będziemy się z niego śmiały. Nie mogłam ukryć jednak drżenia głosu:
- Co powiedziałam?
Nastąpiła chwila ciszy. Vic przytuliła mnie mocniej.
- Że nie wzięłaś leków.
Poczułam ból przeszywający całe moje ciało. Spojrzałam w dół. Vic wyciągnęła pręt ze swojego brzucha i z całej siły wbiła go we mnie. Lepka krew zaczęła spływać po moich nogach, zrobiło mi się gorąco. Spojrzałam na Vic przerażona. Ta kontynuowała:
- Zabiłaś mnie. Nikt nas nie gonił. Twierdziłaś, że jesteś zdrowa, mimo że mówiłam ci, że tak nie jest. Próbowałam zatrzymać auto. Wpadłyśmy w poślizg. Nasz samochód spadł z wiaduktu. Krzyczałam na pomoc. Lecz mój krzyk ucichł, zabity metalowym drutem. Nie pomogłaś mi. Teraz oddaję go tobie.
Vic, jakby nigdy nic wstała i odeszła. Zniknęła w ciemnym lesie, zostawiając mnie, gdy się wykrwawiałam. Nie wiedziałam, co zrobić. Nie miałam przy sobie telefonu, zresztą pewnie nie było tu zasięgu. Nie mogłam zadzwonić po pomoc. Nie mogłam wołać o pomoc, bo mój krzyk ginął pośród drzew, aż zabrakło mi sił. Moja krew spływała po ławce na ziemię, tworząc mroczne, upiorne wzory. Patrzyłam na jezioro i gwiazdy, zrezygnowana, aż ciemność całkowicie mną zawładnęła. Już nie widziałam gwiazd. Nie czułam podmuchu wiatru. Ale bólu też nie.
„Pik, pik". Głośne pikanie obudziło mnie. Powoli otworzyłam oczy. Byłam w sali szpitalnej, podłączona do wielu kabli. Było zimno, poza tym nie czułam nic. Chyba bolała mnie głowa, ale nie byłam pewna. Ostrożnie się podniosłam i rozejrzałam. Obok mnie stało drugie, identyczne łóżko, puste. Odwróciłam głowę. Powoli usiadłam. Po drugiej stronie, koło okna, wisiała półka, na której leżała sterta zeszytów i jakiś segregatorów. Wstałam, by się im przyjrzeć. Większość była podpisana moim imieniem i nazwiskiem, reszta to jakieś skomplikowane, niezrozumiałe dla mnie medyczne terminy i nazwy. Otworzyły się drzwi. Odwróciłam głowę i zobaczyłam lekarkę wraz z moją mamą. Moja mama zatrzymała się nagle w progu, łzy napłynęły jej do oczu. Przystawiła rękę do twarzy, nie mogła wydusić z siebie słowa. Lekarka patrzyła na nią wzrokiem pełnym współczucia.
- Wyślemy całą dokumentację w najbliższych dniach. Bardzo mi przykro.
Nie wiedziałam co się dzieje. Jaką dokumentację i dlaczego przykro? Dlaczego moja mama płacze?
- Jak to się stało? - zapytała.
- Vic wypisano ze szpitala. Pani córka nie potrafiła sobie z tym poradzić. Stworzyła w swojej głowie własną wersję, niestety nigdy nie dowiemy się, jaką. Nie przypuszczaliśmy, że będą potrzebne mocniejsze leki. Zaburzenia schizoafektywne często nagle i niespodziewanie mogą się zaostrzyć w przypadku pewnych wydarzeń. Wyzdrowienie przyjaciółki z oddziału i pozostanie samej musiało być dla niej cięższe, niż się spodziewaliśmy.
Moja mama nic nie odpowiedziała, stała tylko zapłakana. Nawet na mnie nie spojrzała. Zaburzenia? Ja nie mam żadnych...
Mój wzrok podążył za wzrokiem mojej mamy. I zamarłam. Zobaczyłam siebie, leżącą na łóżku szpitalnym, zalana krwią. Podeszłam do swojego ciała przerażona. Byłam blada, oczy miałam puste, twarz spuchniętą, jakby zapłakaną. Wypadek. Pijany kierowca. Dziwna noc w domku nad jeziorem... to wszystko nieprawda. Byłam tutaj. W szpitalu psychiatrycznym. Zamknięta, odizolowana.
Podcięłam sobie żyły. Popełniłam samobójstwo.
W ręce coś ściskałam. Próbowałam to wziąć, lecz moje palce przeleciały na wylot. Zrobiła to natomiast lekarka. Okazało się, że była to bransoletka z kolorowych koralików. Kobieta wręczyła ją mojej mamie.
- Vic miała taką samą.
YOU ARE READING
De fin de soirée
ActionNie każda noc kończy się wraz ze wschodem słońca. Niektóre zostają z tobą na dłużej. Zbiór opowiadań o tym, co czai się w ciemności, o sekretach, których lepiej nie odkrywać, i o ludziach, którzy nie zawsze są tymi, za których ich uważamy. Pierwsza...
