Powietrze w dolinie pachniało kwasem masłowym i deszczem, który od trzech tygodni bezczelnie płukał skorodowane szyldy dawnych dyskontów.
Varg przetarł kciukiem nawarstwioną na gryfie gitarowym patynę. To nie był brud – to była esencja trzydziestu lat nienawiści do popu, zakonserwowana w potu, dymie z palonych kabli i tłuszczu z najlepszego, ostrego cheddara, jakim raczył się każdej nocy w przerwach między solówkami.
W piwnicy starej przetwórni mleka w Kserowie dudniło.
– Mówiłem ci, stary, że wilgotność w komorze C jest za wysoka na te membrany – warknął Borys, perkusista, którego lewe przedramię pokrywały blizny po oparzeniach od gorącej serwatki. – Blacha rdzewieje, a basy brzmią, jakby ktoś sypał piasek w tryby.
– Nie rdzewieje, tylko nabiera barvy – odparł Varg, nie podnosząc wzroku z podstrunnicy. Podłączył jacka do zmodyfikowanego wzmacniacza, którego obudowę zbito z desek po skrzynkach na ser z 1994 roku.
Cheddarowy rezonans. Tak to nazywali puryści z podziwu. Drewno przesiąknięte dojrzewającym tłuszczem tłumiło niepotrzebne wysokie częstotliwości, zostawiając surowe, mięsiste mięso, które potrafiło rozerwać bębniaki uszne każdego agenta Konsorcjum w promieniu kilkudziesięciu metrów.
Nagle górny zawór ciśnieniowy w instalacji chłodniczej syknął. Czerwona lampka ostrzegawcza na ścianie zamrugała trzykrotnie.
– Idą – wyszeptał Borys, zaciskając pałki tak mocno, że w jego dłoniach trzaskał hikorowy drewniany pył.
Varg uśmiechnął się krzywo. Odkręcił potencjometr gainu na maksa. Z głośników popłynął pierwszy, brudny, miażdżący akord w E-moll – ostry jak dojrzały ser, który tnie język swoją kwasowością, i ciężki jak lawina gnojówki spuszczona na stolicę korporacji.
