We've updated our Content Guidelines.
Review the latest guidelines to keep sharing stories safely.

CHAPTER 1

1 1 0
                                        

JAYCE

Jayce Morales pędził ile sił w nogach przez ulice Bronksu, a serce waliło mocniej z każdą sekundą. Dźwięk syren policyjnych rozchodził się, kiedy chłopak wbiegał w kolejną kałużę brudnymi trampkami. Obejrzał się przez ramię. Światła radiowozu zdawały się być co raz bliżej i bliżej. Zacisnął dłonie na ramiączkach plecaka, pełnego skradzionych pieniędzy.

Mało brakowało do wywrotki, gdy gwałtownie skręcił w ciemną uliczkę. Prędko podbiegł do kontenerów ze śmieciami, których odór, drażnił nos. Kropelki potu perliły się na jego czole, a on ukrył się za wielkim kawałkiem plastiku. Czując, że ledwo łapie oddech, przykucnął i modlił się o dar niewidzialności. Ciężki oddech zdradziłby go, gdyby dookoła panowała kompletna cisza.

Liczył w głowie sekundy do zostania skutym kajdankami przez policjantów. Tego dnia, jednak trochę szczęścia wpadło w jego dłonie razem z pieniędzmi. Syreny dudniły już z oddali. Jayce w końcu zdał się na głęboki, pełen ulgi oddech, Podciągnął się do góry, a kiedy ciężki plecak, ściągnął go w bok, poczuł podwójny ciężar — ten fizyczny i ten psychiczny.

Stawiał ostrożne kroki po ciemnej ulicy, co chwilę rozglądając się w każdą możliwą stronę. Ostatnie czego by chciał, to spotkanie człowieka jakim sam był.

Kradzież nie była jego wymarzonym sposobem na  życie, ale nie miał przed sobą dużego wyboru. Nie każdy dostawał szansę, aby uczciwie zarabiać. Jemu się taka nie trafiła. Gdyby jego matka wiedziała, że wcale nie dorabia sprzątając, mogłaby się załamać. Jayce chciał oszczędzić schorowanej Cathy takiego przeżycia.

Głos z tyłu głowy, mówił mu że Bóg nie przejdzie obojętnie obok jego decyzji. Ukaże go, kiedy przyjdzie na to pora, ale teraz nie miał czasu, się tym przejmować. Lodówka świeciła pustkami, a leków dla mamy ciągle brakowało. To Bóg powinien się wstydzić.

Nogi same go przywiodły na plac pełen poniszczonych przez graffiti garaży. Dźwięk szczurów, biegających między metalowymi koszami przestał go drażnić po kilku wizytach w tym miejscu. Chwycił jedną z blach i po upewnieniu się, że nikt nie jest w stanie go zobaczyć, wśliznął się do środka.

Odór dymu tytoniowego zaatakował jego nozdrza, kiedy tylko obleciał spojrzeniem pomieszczenie. Ten zapach stał się stałym zapachem garażu, który został dumnie nazywany przez szefa Milo „biurem". W rzeczywistości, do biura było daleko.

Stare, drewniane regały powoli obrastała pleśń, a u dołu były podjadane przez myszy. Trzymanie na nich ważnych dokumentów i akt, musiało być najgłupszym pomysłem, czym szef się nie przejmował. Wydawał się całkiem zadowolony, siedząc za ogromnym biurkiem i nogami założonymi na blacie. Przebiegły uśmieszek zagościł na jego pełnej blizn twarzy, kiedy tylko zobaczył kto przed nim stoi. A raczej, z czym przed nim stoi.

— No, no! — Milo rzucił chrapliwym głosem jako pochwałę. Jayce nie przejął się tą aprobatą.

Zerkał na niego znudzonym spojrzeniem, kiedy ten sięgnął po szklankę whisky. Wystarczy spojrzeć na Milo i jest się w stanie powiedzieć, że temu człowiekowi alkohol płynie w żyłach. Jayce skrzywił się na głośne cmoknięcie Milo.

— Pokazuj — zażądał. Jayce wysunął plecak i na blat wysypał całą zawartość.

Kupa pieniędzy pojawiła się na biurku jak za dotknięciem magicznej różdżki. Małe oczy Milo rozświetliły na ten widok. Zaczął z zapałem przerzucać w rękach pliki pieniędzy.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Jul 29 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

OUTCASTSStories to obsess over. Discover now