ROZDZIAŁ 1

47 1 0
                                        

Perspektywa Gabriela

Nigdy nie lubiłem poniedziałków. Nie dlatego, że kończył się weekend. W mojej pracy dni tygodnia już dawno przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Dyżury, szkolenia, nocne wezwania i akcje specjalne skutecznie mieszały kalendarz do tego stopnia, że czasami dopiero wieczorem orientowałem się, czy właśnie minęła środa, czy może sobota. Mimo wszystko życie miało wyjątkowo złośliwy zwyczaj wybierania właśnie poniedziałków, kiedy planowało rzucić człowiekowi pod nogi największe gówno.

Tamtego ranka nie miałem pojęcia, że za kilka godzin wszystko wywróci się do góry nogami, bo gdybym wiedział, prawdopodobnie wylałbym kubek tej obrzydliwej kawy do zlewu, wrócił do mieszkania i udawał przed całym światem, że nie istnieję. Los oczywiście nie był aż tak uprzejmy.

Stałem oparty ramieniem o maskę opancerzonego SUV-a zaparkowanego w głównym garażu jednostki i z uporem godnym lepszej sprawy piłem napój, który ktoś z wyjątkowym poczuciem humoru nazwał kawą. Smakował tak, jakby zmielono garść węgla, zalano ją wrzątkiem, a na końcu dorzucono odrobinę kofeiny tylko po to, żeby człowiek nie zasnął po pierwszym łyku. Skrzywiłem się. Za każdym razem smakowała tak samo źle. I za każdym razem piłem ją do końca. Po kilku latach służby człowiek przestawał wybrzydzać. Liczyło się tylko to, czy napój postawi go na nogi.

Garaż powoli budził się do życia. Metaliczny stukot narzędzi odbijał się od betonowych ścian, gdzieś z lewej strony z głośnym sykiem opadł podnośnik hydrauliczny, a chwilę później ktoś z hukiem zatrzasnął maskę jednego z pojazdów. W powietrzu unosił się znajomy zapach oleju silnikowego, smaru i mokrego asfaltu, który mechanicy wnosili na butach z placu przed budynkiem. Deszcz od dobrych kilkunastu minut jednostajnie uderzał o blaszany dach hali, tworząc monotonny rytm, który dziwnym trafem zawsze działał na mnie uspokajająco. Lubiłem to miejsce. Nie dlatego, że było idealne. Wręcz przeciwnie. Wiecznie panował tu kontrolowany chaos. W jednej chwili ktoś czyścił wyposażenie, obok mechanicy przekrzykiwali się przy samochodach, a kilka metrów dalej operatorzy wymieniali się takimi obelgami, że przypadkowy przechodzień uznałby ich za śmiertelnych wrogów. Prawda była zupełnie inna – byliśmy rodziną. Dość pokręconą, momentami irytującą, ale rodziną.

Moje rozmyślania przerwał nagły wybuch śmiechu po drugiej stronie hali. Uniosłem wzrok znad kubka i od razu zauważyłem źródło całego zamieszania. Tyler i Mason stali nad otwartym kartonem po pączkach, patrząc na siebie z minami, jakby od wyniku tej rozmowy zależały losy świata.

— Mówię ci ostatni raz! — Tyler wymachiwał pustym pudełkiem niczym prokurator pokazujący koronny dowód. — Ten pączek był malinowy!

Mason nawet nie drgnął. Oparł się wygodnie o stół warsztatowy, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na kolegę z pobłażliwym uśmiechem.

— Był z adwokatem. – Skrzyżował dumnie ręce na piersi.

— Właśnie o tym mówię!

— Nie. Ty mówisz o smaku. Ja mówię o nadzieniu.

— To jest to samo!

— Nie jest – powiedział bardzo poważnym tonem.

Tyler zmrużył oczy.

— Oddawaj mojego pączka.

Mason westchnął teatralnie i pokiwał głową z politowaniem. Celowo denerwował Tylera, bo sprawiało mu to przyjemność, ale jeśli tamten faktycznie był głodny, to z pewnością nie było mu do śmiechu ani trochę.

— Tyler... ale ja już go zjadłem.

Przez krótką chwilę zapadła cisza. Mężczyźni mierzyli się zabójczym wzrokiem. Pojedynek na spojrzenia zdecydowanie wygrywał Tyler, któremu aż mięśnie ramion napięły się od zdenerwowania.

ALCANTARAStories to obsess over. Discover now