– Noor, łap ulotki!
Patrzę na Milana. Zachodni wiatr, pędzący bałwany Morza Północnego, tarmosi jego ciemne długie loki tak, jak zrobiłby to starszy brat. Chłopak się uśmiecha i pokazuje mi coś, wyciągając opalone ramię w górę. Powinnam już przywyknąć do jego obecności i urody, ale z reguły trudno mi się przyzwyczaić do czegokolwiek, a już najbardziej do ludzi.
– Obudź się, Noor! Wszystkie ci odfruną!
Mrugam kilka razy i unoszę głowę. Rzeczywiście, te durne kolorowe broszurki i mapki unoszą się nad stoiskiem niby mewy. Jednak mają nad nimi tę zasadniczą przewagę, że nie kradną frytek i nie srają na turystów. No i są z ekologicznego papieru.
Podskakuję i wyciągam ręce po szybujące ulotki. Obracam się przy tym we wszystkie strony świata, raz pod wiatr, raz z wiatrem. Z boku zapewne wyglądam jak dziecko łapiące bańki mydlane, które niesione podmuchem lecą wyżej i niżej, by zaraz pęknąć.
Milan ma długie, silne ramiona i mocne nogi. Zaledwie kilka podskoków wystarcza, by dosięgnął tych lotników, których ja nigdy bym nie złapała. Z wyjątkiem chwili, gdy spadłyby na ziemię.
Podaje mi plik pomieszanych, kolorowych papierów zadrukowanych zdjęciami, reklamami, ofertami i mapkami. Znów będę musiała je poukładać, posortować i dopasować, tak żebym mogła po nie sprawnie sięgnąć, kiedy napatoczy się jakiś turysta. W sierpniu jest ich wielu, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że masowo korzystają z zasobów stoiska informacji turystycznej.
Nasze palce spotykają się na chwilę, jak para przypadkowych ludzi w starym filmie romantycznym. Jego są duże, ciepłe i gładkie. Miłe. Podobne ma też spojrzenie ciemnych oczu. Czasem odnoszę wrażenie, że uważa mnie za uroczą niezdarę, a czasem za chodzący chaos. Nie rozumiem, dlaczego nie przyjdzie mu do głowy, że tak naprawdę reprezentuję obie te wariacje.
– Nie męczy cię to ciągłe układanie ulotek? Wiatr za chwilę znów je porwie – mówi do mnie, ale idzie w stronę budki, w której powinnam siedzieć, gdy nie łapię odlatujących broszur.
– Zatem to wiatr mnie męczy, nie ulotki – odpowiadam i słyszę parsknięcie.
Kładę plik papierów na stół i marszczę brwi. Zaczynam sortować kartki i wygładzać je dłonią, jeśli są pogniecione. Milan podchodzi do stoiska i ogląda, co na nim mam. A są to głównie ulotki, jeszcze więcej ulotek, a czasem jakiś gadżet – pomarańczowy długopis, papierowe chorągiewki z flagą Holandii na patyczkach, smycze z głupkowatymi napisami.
Kątem oka obserwuję chłopaka. Mimo że był już wcześniej na stoisku i widział wszystko kilkukrotnie, znów patrzy na te same przedmioty. Podobnie jak ja – gapię się na nie codziennie po kilka godzin.
– Noor, jaki w ogóle jest sens takiego stanowiska? Mapy ludzie mają w telefonach, są strony, na których znajdą polecane atrakcje wraz z oceną innych turystów. Nie uważasz, że to zbędne?
Zanim podniosę wzrok na Milana, odkładam ulotkę z dziesięcioprocentowym rabatem na skok na bungee z De Pier na stosik po lewej, tuż koło miseczki z miętówkami, a drugą – zapraszającą na rejs statkiem – po przeciwnej stronie, koło mapek. Teraz wygląda to na tyle dobrze, że mogę w spokoju odpowiedzieć na pytanie ratownika.
Milan patrzy na mnie z zadziornym uśmiechem. To znaczy dla mnie wygląda na zadziorny i tak wyobrażałabym sobie podobny wyraz twarzy, gdybym przeczytała o nim w jakiejś książce. Uniósł kącik ust z lewej strony. Brew trochę też. Nie jestem pewna, czy kpi, czy pyta poważnie, więc nie wiem do końca, jak sformułować odpowiedź. Boję się, że wyjdę na dziwaczkę.
– To prawda. Większość turystów radzi sobie bez pomocy informacji turystycznej, a jeśli ktokolwiek potrzebuje tego stanowiska, to chyba ja – odpowiadam, wpatrzona w ciemne oczy chłopaka. – Muszę zarobić trochę kasy na kurs fotografii.
ESTÁS LEYENDO
Siedem odcieni lata
AcciónAntologia opowiadań siedmiu autorek Hexa Scriptum przeniesie Was nie tylko do słodkiej, melancholijnej letniej przygody, ale również otworzy przed Wami mroczne wrota, których nie będziecie chcieli zamknąć. Od spokojnych romansów do motywów female ra...
